Rośnie kolejna polska super gwiazda. Wymarzony start. "Żarłoczność na wielką piłkę"
O pożegnaniu słynnego dziennikarza, wymarzonym debiucie Oskara Pietuszewskiego i prężeniu muskuł przez polskie kluby u progu powrotu ligi - pisze Janusz Basałaj w kolejnym odcinku cyklu na Meczyki.pl.
Kroniki Piłkarskie Janusza Basałaja to zbiór felietonów, w których doświadczony dziennikarz Meczyki.pl komentuje bieżące wydarzenia ze świata futbolu.
Pożegnanie
We wtorkowy, mroźny poranek pożegnaliśmy na cmentarzu w Kazimierzu Dolnym redaktora Macieja Polkowskiego (1947-2026), byłego redaktora naczelnego Przeglądu Sportowego, szefa działu piłki nożnej tejże gazety, a także publicysty i komentatora innych mediów. Dla mnie Maciek był pierwszym szefem. Ponad 40 lat temu spełniałem marzenie swego życia, czyli zacząłem pracować w Przeglądzie Sportowym. Nagle, autorzy których podziwiałem i śledziłem na łamach PS, zostali kolegami, czy raczej współpracownikami. Maciek na pozór był człowiekiem trochę oschłym, zdystansowanym wobec młodych dziennikarzy, ale i starającym się wzbudzić u przeglądowej młodzieży poczucie dumy, że się pracuje w najstarszej polskiej gazecie sportowej. Ironia, z jaką radził adeptom szybkie ukończenie tekstu (“Jasiu, kończ artykuł, bo ludzie już ustawiają się w kolejkach do kiosku, bo czekają na Przegląd”), budzi dziś uśmiech. No bo sam wiele razy powtarzałem swoim młodszym kolegom: “Nie wiesz jak zakończyć tekst? Postaw kropkę”.
I tu wypadałoby napisać, że pod pozorem zachowań dziennikarskiego gbura krył się wrażliwy człowiek… Pewno tak było. Przejmował się swoją robotą i swymi ludźmi. Twardo osądzał całe środowisko (trenerzy, działacze, piłkarze, sędziowie…), z którymi spożył niejedną kolację. Nie bał się skrytykować - i to ostro - wczorajszego ligowego trenera, a dziś selekcjonera… Kierował się taką swoistą przeglądową racją stanu. Miał dobry słuch społeczny i nie lubił klajstrować czy ściemniać, kiedy kadra narodowa zaczęła grać tragicznie. Andrzej, Wojtuś, Jurek czy Antoś nie mogli liczyć na ulgową taryfę.
Młodych ludzi nie rozpieszczał pochwałami. Raczej szydera, ironia, złośliwość niż głaskanie pod włos. Ale nie brakowało i cennych rad, i wprowadzania swych ludzi w środowisko piłkarskie, bo przecież znał każdego w polskiej piłce. Lubił posyłać niedoświadczonych reporterów w Polskę, bo wiedział, że “praca w terenie” daje kontakty, znajomości, a nawet przyjaźnie. Wiadomo, że to się wszystko przydało i nadal przydaje w tej robocie. Wiem, że ktoś może się skrzywdzić, że opisuję czasy dziennikarskich dinozaurów, że idealizuje tamten świat, ale nawet z czasów szkolnych najchętniej wspominamy profesorów-twardzieli niż tych, którzy nam słodzili.
Z pełnym spokojem potrafił ocenić tekst adepta dziennikarstwa sportowego (“Letnie… panie redaktorze”), ale czynił to według mnie sprawiedliwie, zachęcając młodego człowieka, by napisał coś ciekawszego.
Takie pożegnanie czy wspomnienie zamienia się czasami w pośmiertną laurkę, ale tak ludzi wspominamy, jak ich zapamiętaliśmy. Niech tak zostanie. Gdzieś na bok odsuwamy nieporozumienia, konflikty, żale czy pretensje, bo jakie to ma dziś znaczenie? Ponad 40 lat znajomości dokładnie filtruje nasze odczucia, opinie czy pogłoski. Żywoty Świętych już dawno zostały napisane.
Spoczywaj w pokoju, Maciek. Niech Ci Twoja, ukochana kazimierzowska ziemia lekką będzie.
Pietuszewski ośmieszał i rozbudził nadzieję
Debiut Oskara Pietuszewskiego w barwach FC Porto? Wymarzony! Oskar wszedł, a może nawet wbiegł na kilkanaście minut w meczu z Vitorią Guimaraes. Wbiegł, bo na boisku pokazał, że te miliony euro wydane na niego nie mogły czekać, a jego piłkarską i meczową zachłanność, żywiołowość, szybkość i nadzwyczajny drybling, przykrył nawet fakt, że w debiucie nie strzelił gola. Bo bezwzględny i łaknący sukcesów kibic czeka przede wszystkim na bramki. A nastolatek z Białegostoku “zrobił” rzut karny, “zarobił” na rywalu rzut wolny sprzed pola karnego i rywal ośmieszony przez “Pietucha” musiał ratować się faulem na czerwoną kartkę. Zapamiętam też fenomenalne zagranie “zewniakiem”, którym najmłodszy Polak w Porto idealnie zagrał do kolegi na lewym skrzydle. I co z tego, że obejrzał żółtą kartkę - kilkanaście minut gry i aż gęsto od faktów i pochwał.
Skoro tak dobrze zaczął, to jak skończy? Mam nadzieję, że Porto będzie odskocznią do jeszcze większego klubu i mocniejszej ligi. Nie dodając, jakich korzyści może oczekiwać reprezentacja Polski od tak zdolnego i zadziornego nastolatka… Zdaje się, że trafił do poważnej drużyny, “kumatego” trenera, kolegów z kadry biało-czerwonych, regularnie występujących w Porto. Pietuszewski trochę zadaje kłam teorii, że w Polsce trzeba pograć do “dwudziestki”, a dopiero po tym szukać szczęścia w Europie. Kilkunastoletnie dzieci eksportowane z Polski nie zawsze potrafiły odnaleźć się w nowoczesnym futbolu. Czy tym razem będzie inaczej? Musi być! Bo żarłoczność Oskara na wielką piłkę i odważne granie będzie gwarancją, że dość szybko doczekamy się kolejnej wielkiej gwiazdy z polskim paszportem.
Tęskniliście? Zaraz wróci
Nie wiem jak Państwo, ale ja się stęskniłem za polską ligą (Jej Wysokość Ekstraklasa - rzecz jasna). Oglądając tureckie przygotowania naszych klubów, sparingi, człowiek chce już meczów o punkty. Warto i trzeba oglądać Meczyki, bo robotę wykonujemy tam potężną. Programy, wywiady, transmisje, ciekawostki, transferowe niedyskrecje. Dawno kibice polskiej piłki nie dostali takiej ligowej piguły, kiedy w Polsce mróz i śnieg po pas. Gdyby nasze kluby chciały być tak gościnne i otwarte w tzw. zasadniczym sezonie. Pomarzyć dobra rzecz… Mecz goni mecz, trening za treningiem i nie ma czasu na gadanie. Trenerzy, prezesi zamykają się w swojej bańce, piłkarze koncentrują się, menedżerowie dzwonią i negocjują, a Ty kibicu dostaniesz tylko 90 minut deseru, czyli meczu. I dobrze jeszcze, że deser nie zamieni się w zakalec.
Który klub najlepiej prężył muskuły na tureckich boiskach? Widzew, który od miesięcy rozpętawszy wojnę transferową, nadal zadziwia wszystkich? A może siła spokoju trenera Korony Kielce, Jacka Zielińskiego? Luz i dobry nastrój największych gwiazd Cracovii? Adrian Siemieniec jako wielki niemowa, starannie unikający kamer i mikrofonów, jednocześnie szukający pomysłu na nową “Jagę” uboższą o Pietuszewskiego? Na przełomie stycznia i lutego to przestanie mieć znaczenie, bo ruszy Ekstraklasa, a o tureckich przygotowaniach zostaną tylko wspomnienia. A wiadomo, że wspomnienia są zawsze bez wad.