Co za piłkarz w Wiśle Kraków! "Nie ma tam drugiego takiego"

Zagra wszędzie, dobrze nigdzie? Nie w jego przypadku. Julian Lelieveld z Wisły Kraków to piłkarz wartościowy dla każdego trenera. Jak strażak, który bezbłędnie gasi nowo powstałe pożary, bo tutaj za uniwersalnością idzie jakość piłkarska. Sam Holender śmieje się, że do odhaczenia została jeszcze tylko bramka i środek ataku.
Jego CV jak na polską I ligę było obiecujące. Ponad 100 meczów zarówno w Eredivisie, jak i na drugim poziomie rozgrywkowym w Holandii. Wychowanek Vitesse, potem Go Ahead Eagles, De Graafschap, RKC Waalwijk - regularna i, jak wskazywały referencje, równa, rzetelna gra na niezłym poziomie. Jasnym było, że do Wisły Kraków, wtedy szykującej się do czwartego szturmu na Ekstraklasę, nie trafia żadna gwiazda z okładki czy przyszłościowy talent, ale nie o to chodziło. “Biała Gwiazda” szukała doświadczenia i solidności. Julian Lelieveld, urodzony w listopadzie 1997 r., miał to zagwarantować, przy okazji poszerzając pole manewru trenerowi z uwagi na swoją wszechstronność. Oczekiwania spełnił - można powiedzieć, że z nawiązką, bo dziś, już w rzeczywistości ekstraklasowej, jego obecność to dla Mariusza Jopa skarb.
Gdzie? Wszędzie, gdzie mnie potrzebują
To nie są żarty - Lelieveld faktycznie obsadził już w karierze wszystkie pozycje poza atakiem i bramką. W Wiśle ma jeszcze miejsca do odhaczenia, natomiast uniwersalność absolutnie jest w cenie, z czego przy Reymonta skwapliwie korzystają. Już w ubiegłym sezonie, tym zakończonym awansem, Holender przydał się na obu bokach obrony. Nie było jak teraz, gdzie zasłużony abonament na grę po lewej stronie ma niesamowicie rozwijający się Jakub Krzyżanowski, zaraz pewnie reprezentant Polski. W zależności od potrzeb piłkarz o “nazwisku tysiąca wymów” (niczym Julius Ertlthaler) grywał na prawej lub lewej flance, zapewniając Wiśle należyty spokój. Dołożył solidny wór cegieł do powrotu do Ekstraklasy, udowadniając, że klub podjął słuszną strategię, ściągając jeszcze w I lidze zawodników docelowo mających spokojnie poradzić sobie po awansie, jak Lelieveld czy Raoul Giger. Radzą sobie.
- W I lidze, szczególnie podczas meczów domowych, przeciwnicy starali się “zabijać” mecz, by osiągnąć remis. Teraz większość drużyn chce grać w piłkę. Przy rywalu opartym na niskim bloku widać kłopoty, ale jeśli rywal chce grać, możemy pokazać naszą dużą jakość. To działa szczególnie na własnym stadionie, z wsparciem kibiców i presją na przeciwnika - zauważył Lelieveld, pytany przez nas w programie Krakoska Piłka na kanale Meczyki o różnice między Ekstraklasą i I ligą.
Jak na razie 28-latek uzbierał po awansie osiem meczów, które przełożyło się na mniej niż 500 minut. To przede wszystkim efekt kontuzji w drugiej połowie sierpnia - uraz zabrał mu ponad miesiąc gry (pięć kolejek). Wcześniej zaczął ligę jako zmiennik, ale szybko był potrzebny, by zastąpić na prawej obronie niedysponowanego Gigera. Zaś po powrocie do zdrowia w październiku Mariusz Jop, co rusz muszący łatać dziury w składzie, korzystał z niego na skrzydle. Z Legią Warszawa Lelieveld dostał pół godziny na prawej stronie, a potem trzy mecze z rzędu rozegrał na lewej, jako podstawowy piłkarz. Kłopoty zdrowotne Macieja Kuziemki, Elie Youana czy Marko Bozicia zmusiły trenera do niestandardowych rozwiązań. A jeśli niestandardowe rozwiązania, to uniwersalny Holender, jak mawia klasyk, “pokazuje jestem”.
Wisła w tym czasie zremisowała z Widzewem z poczuciem niedosytu, ograła Raków po zwycięskim golu Kacpra Dudy w 100. minucie oraz przegrała w Poznaniu, mimo zaprezentowania się na tle mistrza Polski naprawdę pozytywnie. Lelieveld błysnął szczególnie przeciwko “Medalikom”, gdy posłał piękną asystę do Ertlthalera. Przeszywające, inteligentne podanie.
Oni zaczęli, Duda skończył, dając kolejne w tym sezonie trzy punkty w de facto ostatniej akcji meczu.
- Jeśli masz dobrą atmosferę w drużynie, zawsze będziesz walczył do końca - i to jest właśnie to, co robimy. W większości meczów pokazaliśmy dobrą piłkę, przy czym nie było żadnego meczu, w którym ktoś by powiedział, że nie walczyliśmy. Myślę, że jeśli walczysz do końca, zawsze jest możliwe wygrać w ostatniej minucie - podsumował Lelieveld, tłumacząc fenomen szalonych końcówek “Białej Gwiazdy”.
Trochę jak Lahm
Po piłkarzu Wisły, którego wzorem nie bez powodu był słynny Phillipp Lahm, widać, że jest z holenderskiej szkoły nauczania futbolu. Co sam podkreśla, świetnie się czuje z piłką przy nodze - tak wychowano go w akademii Vitesse, więc styl gry zespołu bardzo mu odpowiada i ułatwia dobrą grę. Piłka, piłka, piłka, do tego nienaganna technika. Z boku obrony lubi się też podłączyć do ataku, zaimponować nieoczywistym podaniem, ma zmysł kombinacyjny, do kreacji (osiem asyst w 38 meczach nie wzięło się znikąd). Przy tym trzyma fason w tyłach, nauczony odpowiedzialności, właściwego ustawienia, chociaż pobyt w Polsce zaskoczył go pod kątem taktycznym. W rozmowie z klubowymi medami Wisły opowiadał, że w Holandii nigdy się nie spotkał z kryciem indywidualnym w polu karnym.
- W Holandii gra bardziej opiera się na posiadaniu piłki, tu skupiamy się także na obronie pola karnego z kryciem indywidualnym. I myślę, że rozwinąłem się w tym aspekcie jako obrońca. Wcześniej broniłem strefowo, teraz bardziej indywidualnie. Musiałem się do tego zaadaptować kiedy się tu pojawiłem, ale uważam, że dość dobrze mi to wyszło. To rzecz, którą najbardziej poprawiłem; właśnie krycie jeden na jeden przy dośrodkowaniach rywali - tłumaczył szerzej na kanale Meczyki.
Zapytalismy też Lelievelda, co według niego poprawiła Wisła jako zespół, a gdzie jeszcze są rezerwy. Poruszyliśmy także temat udanego punktowo pierwszego etapu sezonu, wszak liga przekroczyła już 1/3 gry.
- Miejsce w tabeli? Oczywiście, zawsze możesz spaść kilka miejsc w dół, może też jedno czy dwa awansować. Tak to już jest. Patrząc na rywali, z którymi graliśmy, myślę, że raczej jesteśmy na właściwym miejscu w tym momencie sezonu. Ani zbyt wysoko, ani zbyt nisko - szczerze ocenił Holender, jeszcze przed meczem z Lechem. - Jako zespół mamy określony sposób gry. Myślę, że poczyniliśmy postępy np. w radzeniu sobie z pressingiem przeciwnika czy samym budowaniu akcji. Możemy natomiast jeszcze się rozwinąć w momentach, kiedy rywal gra niskim blokiem obronnym, a my potrzebujemy kreować więcej szans. To prawdopodobnie najtrudniejszy element w futbolu, ale musimy iść naprzód - podkreślił.
Do końca życia
Po awansie do Ekstraklasy Wisła zabrała się za zabezpieczanie przyszłości obecnej kadry. Przeprowadziła ofensywę kontraktową, której najnowszym elementem jest przedłużenie umowy z Marko Boziciem. Przed Austriakiem podpis złożyli m.in. Julius Ertlthaler, Jakub Krzyżanowski i Frederico Duarte, a w kilku przypadkach “Biała Gwiazda” aktywowała klauzulę przedłużenia ze strony klubu. Między innymi właśnie u Lelievelda, który tym samym ma kontrakt do czerwca 2028 r.
- Jestem szczęśliwy, że klub aktywował tę opcję. Jeśli spojrzycie, jak wielu zawodników podpisało nowe kontrakty, to możecie zauważyć, że atmosfera w drużynie jest naprawdę bardzo dobra i każdy chce zostać w Wiśle. To już wiele mówi - stwierdził u nas 28-latek. - Cieszę się, że klub skorzystał z tej opcji, bo dzięki temu wiem już, gdzie będę w przyszłym roku. Cieszę się, że mogę tu grać, dobrze się tu czuję - zapewniał na kanale Wisły.
Holender na każdym kroku podkreśla świetną, rodzinną atmosferę panującą w drużynie i klubie. Zapytany o najlepszego kumpla w szatni też wymienił de facto kilka osób. Kraków zaś jest dla niego wyjątkowy, przede wszystkim dlatego, że jego żona urodziła tutaj ich syna. Ponadto Lelieveld zachwyca się kibicami “Białej Gwiazdy”, szczególnie w pamięci zapadło mu fetowanie majowego awansu na krakowskim rynku.
- Nie w każdym klubie można przeżyć coś takiego, zapamiętam to do końca życia - powiedział, przyznając też, że nigdy nie miał do czynienia z tak wyjątkowymi kibicami. - W domowych meczach - nigdy. Oczywiście, grałem w Holandii przeciwko Ajaksowi, PSV, Feyenoordowi czy Twente, też mają niezłych fanów, ale kibice Wisły są absolutnie wyjątkowi! - chwalił.
Fani cenią sobie sympatycznego Holendra, który, jak zwykle to bywa u piłkarzy z tego kraju, spokojnie i solidnie wykonuje swoją robotę. Tam, gdzie trzeba, z właściwą jakością, rzetelnością, odpowiedzialnością.
- Zawsze grałem na różnych pozycjach, więc niewiele się zmieniło. Nowością była gra na lewym skrzydle, ale grałem też wcześniej jako środkowy obrońca. Trenerzy wystawiają, gdzie mnie potrzebują, ja po prostu staram się dawać wszystko. Nie grałem tylko w ataku i na bramce - może kiedyś spróbujemy - zażartował Holender.
Kto zatem wie, gdzie na pomoc wezwie go Mariusz Jop. Na piątkowe derby z Cracovią gotowi do gry powinni być nominalni skrzydłowi, natomiast w obliczu urazu Jamesa Igbekeme część kibiców apeluje, by na “szóstce” zagrał właśnie Lelieveld. Nie byłaby to dla niego nowość.
Oglądaj program Krakoska Piłka - zapowiedź derbów Krakowa na kanale Meczyki
