Sprowadzali gwiazdy, teraz miażdżą ich wszyscy. W tym sezonie stracili... 120 goli

Na 45 ostatnich meczów wygrali tylko jeden. Adana Demirspor chciała podbić turecki futbol i przez chwilę była nawet na dobrej drodze ku ligowej czołówce. Dziś po planach jej ekscentrycznego zostały już tylko wspomnienia. “Niebieska Błyskawica” drugi sezon z rzędu szoruje po ligowym dnie. I niewiele wskazuje, aby się to miało zmienić.
Wydawało się, że w Adanie Demirspor gorzej niż w zeszłym sezonie już być nie może. To wtedy media z całego świata informowały o ich fatalnym bilansie, który wskutek odjętych punktów i problemów finansowych wyniósł na finiszu rozgrywek… zaledwie dwa oczka (więcej TUTAJ). Dziś nic nie pozostało już po drużynie zbudowanej na fortunie króla pieluchowego imperium.
Zespół, w którym przed kilkoma laty grali Anderson, Mario Balotelli czy Nani, a do pracy z reprezentacją wypromował się Vincenzo Montella, stanął na krawędzi. W Turcji takie historie to jednak nic nowego.
Poczuł się panem i władcą
Żeby w ogóle zrozumieć tak widowiskowy upadek Adany Demirspor, należy cofnąć się do samego początku i spojrzeć, w jaki sposób dostała się do elity. W XXI wieku przez długie lata kibice “Niebieskiej Błyskawicy” nie liczyli nawet na awans do Super Lig, a co dopiero walkę jak równy z równym ze stołecznymi gigantami o mistrzostwo czy grę w europejskich pucharach. Wszystko zmieniło się dopiero w 2018 roku, kiedy ich prezesem został Murat Sancak - biznesmen wywodzący się z jednej z najzamożniejszych rodzin we wschodniej Turcji, który fortuny dorobił się na największej w kraju fabryce pieluch dla dorosłych. Zarobione w ten sposób środki zainwestował w inne biznesy, w tym firmę farmaceutyczną, która z uwagi na dobre relacje jego rodziny z prezydentem kraju, Recepem Tayyipem Erdoganem, zaczęła wykonywać sporo zamówień rządowych.
- Pieniądze Sancaka zupełnie odmieniły sytuację Adany Demirspor. Po przejęciu władzy stał się właściwie jej jednym sponsorem. Kibice nie mieli z tym problemu - zespół zanotował bowiem gigantyczny skok jakościowy i z pierwszoligowego średniaka stał się wiodącą siłą Super Lig. Do Adany trafiali kolejni gracze z najwyższej półki jak Balotelli czy Belhanda. Tyle że Sancak zaczął coraz bardziej rozpychać się w tureckiej piłce. Oskarżał sędziów o bycie na usługach FETO, czyli znienawidzonej w kraju organizacji terrorystycznej, potrafił wchodzić na boisko z pretensjami, raz rozbił o ziemię stojący przed nim monitor, innego razu kazał odwrócić się piłkarzowi CFR Cluj, aby spisać jego nazwisko i zapewnił, że kupi go w najbliższym oknie. W klub pompowano spore środki, ale coraz częściej mówiło się o problemach z wypłacalnością - opowiada Filip Cieśliński, stały obserwator tureckiej piłki.
Sancak w Adanie poczuł się w pewnym momencie panem i władcą. Kiedy któryś zawodnik domagał się uregulowania zaległości, był po prostu odsyłany z kwitkiem, a w jego miejsce przychodzili kolejni. Opieszałość ze strony TFF, czyli tureckiego związku piłkarskiego oraz FIFA wręcz zachęcały do takiego postępowania. Sprawa sięgnęła kuriozum w lutym 2024 roku, kiedy Sancak z dnia na dzień przekazał władzę przyjacielowi, Metinowi Korkmazowi, znanemu tureckiemu… agentowi piłkarskiemu. Dotychczasowy prezes uznał, że lepiej obeznany w świecie kontraktów i przepisów kumpel załagodzi sytuację. Dochodziło jednak do absurdów, kiedy Korkmaz negocjował umowy sam za ze sobą, z jednej strony jako prezes, a z drugiej menedżer. Sancak po kilku miesiącach zmienił zdanie i powrócił na stanowisko, ale na ratowanie czegokolwiek było już wtedy za późno.
- Na przestrzeni ostatnich trzech dekad mieliśmy wiele tureckich drużyn, które w pewnym momencie zdecydowały się na skok na głęboką wodę. Co jakiś czas pojawiał się inwestor, który wkładał pieniądze w dany zespół, ale tak szybko jak potem znikał, tak też drużyna wpadała w kryzys. Instabulspor czy Antalyaspor to tylko pierwsze z brzegu tego typu przykłady. Przecież mało kto już pamięta, że dla tych drugich swego czasu grał nawet Samuel Eto’o. Adana Demirspor nie jest pod tym względem żadnym wyjątkiem. Mimo że oczywiście tureckim gigantom też zdarzało się wykładać spore sumy na transfery i pensje, to w ich przypadku również przychody były większe. A choć w Adanie istnieje lojalna i oddana grupa kibiców, to wciąż mówimy tu o relatywnie małym klubie - mówi nam z kolei Kaan Bayazit, dziennikarz zajmujący się turecką piłką.
Bez profilu na Wikipedii
A przecież wydawało się, że Adanę Demirspor nie złamią nawet największe przeciwności losu. Kiedy rok przed chwilowym zrzeczeniem się władzy przez Sancaka, w Turcji doszło do silnego trzęsienia ziemi, Adana należała do grupy najbardziej dotkniętych miast. Śmierć poniosło tam w sumie 454 mieszkańców, a blisko siedem i pół tysiąca zostało poszkodowanych. Gaziantep i Hatayspor, czyli zespoły z miejscowości, które jeszcze bardziej ucierpiały w wyniku lutowych wstrząsów, a także derbowy rywal “Niebieskiej Błyskawicy” - Adanaspor - wycofały się wtedy z rozgrywek, ale decyzją TFF nie zostały zdegradowane do niższej ligi. Tymczasem dla ekipy z Yeni Adana Stadium to był historyczny sezon. To właśnie w nim pod wodzą Montelli wywalczyła czwarte, najwyższe miejsce w historii swoich występów w Super Lig i po raz pierwszy uzyskała prawo gry w europejskich pucharach.
- Tyle że samo trzęsienie ziemi nie miało zbyt wyraźnego wpływu na sytuację Adany Demirspor i oba te wydarzenie po prostu się na siebie przypadkowo nałożyły. Być może trzęsienie do pewnego stopnia spotęgowało te problemy, ale nie było głównym powodem narastającego kryzysu. Tu przede wszystkim chodziło o to, że działacze wydawali pieniądze, których nie mieli. Ich upadek był nie do uniknięcia, choć biorąc pod uwagę, z jakim przytupem weszli do Super Lig, to i tak jestem zaskoczony, że tak długo przetrwali. Myślałem, że po roku czy maksymalnie dwóch ten projekt upadnie i zostanie zdegradowany z tureckiej elity, a tymczasem utrzymał się w niej łącznie przez cztery sezony - zauważa Bayazit.
Choć długofalowym skutkiem trzęsienia ziemi był odpływ pieniędzy od lokalnych sponsorów, którzy potracili swoje biznesy, kataklizmu rzeczywiście nie należy traktować jako głównego powodu kłopotów Adany Demirspor. Tu przede wszystkim chodziło o fatalne zarządzanie i życie ponad stan. W zeszłym sezonie zespół wystartował w Super Lig z ujemnymi 12 punktami, ale to nie tylko one były przyczyną spadku z elity. Sklecona na kolanie drużyna na przestrzeni całych rozgrywek wygrała tylko dwa ligowe spotkania, a do tego dołożyła trzy remisy. Jeśli ktoś oszukiwał się, że po spadku do TFF 1. Lig sytuacja ulegnie zmianie, przestał oszukiwać się właściwie jeszcze przed startem sezonu. Minus sześć oczek to było preludium do dalszych kar. Aktualnie Adana Demirspor ma odjęte aż 42 punkty. A że na boisku zdobyła tylko trzy, to w ligowej tabeli z minus 39 oczkami zajmuje oczywiście ostatnie miejsce. Ma przy tym bilans bramek 16:120.
- W minionym sezonie Adana wykreowała jeszcze kilku graczy - Ardę Kurtulana, Yasina Barasiego, Saliha Kavrazliego czy 16-letniego bramkarza Deniza Donmeza, ale już wtedy było jasne, że pędzi na górę lodową. Kropkę nad “i” postawił sam Sancak, lądując w areszcie podczas niedawnej afery hazardowej. Zarzuca się mu wypranie z użyciem nielegalnych stron z zakładami kilkudziesięciu milionów euro, a nawet wykorzystywanie transferów piłkarzy do prania pieniędzy pochodzących z przestępstw. W aktualnej kadrze żaden z piłkarzy nie ma nawet swojego profilu na Wikipedii, bo to w stu procentach nastoletni wychowankowie z lokalnej szkółki, którzy wierzą, że podobnie jak ich wyżej wymienieni koledzy mimo batów co kolejkę znajdą angaż w Super Lig. Klub zmierza ku upadkowi i nic nie sprowadzi go już z tej drogi - uważa Cieśliński.
Kibice przejmują władzę
Adanę Demirspor może czekać teraz podobny scenariusz jak kilka innych ekip, które w ciągu ostatnich lat na chwilę wskoczyły do ligowej czołówki. Bursaspor, mistrz Turcji z 2010 roku i chyba najbardziej sensacyjny zdobywca tego tytułu w historii, jeszcze sezon temu występował dopiero na czwartym poziomie rozgrywkowym (więcej TUTAJ). Na nim drugi rok spędza z kolei Eskisehirspor, jeden z najbarwniejszych tureckich zespołów. Nieco dalej na drodze do pełnej odbudowy znajduje się Sakaryaspor, który obecnie gra na zapleczu Super Lig. Wszystkie te zespoły popadły w pewnym momencie w ogromne tarapaty, ale postanowiły krok po kroku wrócić na właściwe tory. Nie można jednak wykluczyć, “Niebieska Błyskawica” będzie chciała iść na skróty.
- Przypadki Bursasporu czy Eskisehirsporu pokazują, że po spadku na trzeci czy czwarty poziom rozgrywkowy dzięki wsparciu miasta i lokalnego biznesu można rozpocząć powolną odbudowę. Tyle tylko, że w Turcji znamy znacznie więcej przypadków drużyn, które dla pozbycia się długów długów ogłaszały upadłość, a w ich miejsce powstały nowe podmioty, np. zakładane przez kibiców. Najbardziej groteskowym przykładem jest Yeni Malatyaspor. Pierwotnie w tym mieście działał po prostu Malatyaspor, ale wpadł w długi. Do tego jego zarząd był powiązany z mafią - przez jakiś czas prezesem był tam Oral Celik, partner Alego Agcy w zamachu na papieża Jana Pawła II. Właśnie w jego miejsce powstał twór o nazwie “Yeni Malatyaspor”, czyli w dosłownym tłumaczeniu “Nowy Malatyaspor” - mówi Cieśliński.
Choć po awansie do Super Lig kibice chcieli, aby ich ulubieńcy znów określani byli jako Malatyaspor, ten ruch zablokowała UEFA. Taki przykład może stanowić zresztą przestrogę dla wszystkich, którzy chcieliby odbudować futbol w Adanie w podobny sposób. Teraz “Tygrysy” po raz kolejny zmagają się bowiem z olbrzymimi problemami finansowymi, a w obecnym sezonie mają odjęte aż 45 punktów i niewykluczone, że czeka ich ponowny restart. W tym procesie - podobnie jak Bursaspor, Eskisehirspor czy Sakaryaspor - mogą liczyć na wsparcie kibiców. I tak też jest w przypadku Adany Demirspor, która kilka dni temu wreszcie uwolniła się z rąk Sancaka, a władzę w klubie przejęli kibice z “Simsekler Grubu”, czyli “Grupy Błyskawica”. To pokazuje przywiązanie tureckich fanów do ukochanych barw.
- Musimy wreszcie przerwać to błędne myślenie o tureckiej piłce. Wiele osób sądzi, że jest tu wiele ekip, które grają przy praktycznie pustych trybunach. Tyle że to nie jest tak do końca prawda. Kilku przedstawicieli Super Lig generowałoby dużo lepszą frekwencję, ale decydują się na bardzo wysokie ceny wejściówek, przez co ich fani nie są w stanie pozwolić sobie na przyjście na stadion. Na dodatek istnieje też wiele zespołów mogących pochwalić się sporą kibicowską bazą, które aktualnie występują po prostu w niższych ligach. Zamiast nich wśród najlepszych pojawiły się drużyny bez wielkich tradycji kibicowskich. W wyniku tego w przekazach telewizyjnych turecka piłka klubowa często przypomina tę saudyjską, gdzie trybuny świecą pustkami. Tymczasem tak nie jest. I dlatego potrzebujemy takich ekip jak Adana Demirspor z powrotem w elicie - podsumowuje Bayazit.