Pożar w Lechu Poznań. "Stało się coś, czego Frederiksen jeszcze nie zaliczył"
Dwie porażki, potem sześć zwycięstw, teraz znowu dwie porażki. Ten sezon dla Lecha Poznań to regularne falowanie i spadanie, a rok 2026 idealnie to obrazuje. Jednak sezon powoli wkracza w decydującą fazę i "spadanie" powoduje, że zamykasz sobie drogi do sukcesów, a na samym falowaniu oraz liczeniu na słabość rywali, możesz finalnie do niczego nie dojechać. Niels Frederiksen ma do ugaszenia kolejny mały pożar. Do tej pory radził sobie dobrze, jak będzie teraz?
Ktoś mógłby przeczytać - ale jaki pożar? O co tu chodzi, przecież Lech dalej ma wszystko w swoich rękach, jeśli chodzi o losy mistrzowskiego tytułu, a to przecież w Poznaniu jest najważniejsze. Jednak teraz stało się coś, czego Lech Frederiksena jeszcze nie zaliczył za jego kadencji. Duńczyk pierwszy raz przegrał trzy oficjalne mecze z rzędu, a te porażki niosą za sobą realne konsekwencje, bo wypisał się nimi z Pucharu Polski i jest na dobrej drodze do wypisania się z Ligi Konferencji.
Ten cały sezon w wykonaniu Lecha to pasmo niepowodzeń przeplatanych uspokajaniem kibiców, że wszystko jest dobrze. Czasami można odnieść wrażenie, że jest to balansowanie na krawędzi minimalizmu, czyli - awans w Lidze Konferencji i dotarcie do 1/8 finału - zamiast Ligi Mistrzów czy Ligi Europy, ćwierćfinał Pucharu Polski - zamiast odpadnięcia w pierwszej rundzie z Resovią i niezła pozycja wyjściowa do ataku w lidze, czyli tak, jak przed rokiem.
Jak wspomniałem wyżej, zostało już tylko to ostatnie, ale czy to aby nie jest za mało na aktualnego mistrza Polski, który w opinii wielu ekspertów ma najlepszą i najbardziej wyrównaną kadrę w lidze?
Za dużo porażek
Lech Poznań w tym sezonie rozegrał już 46 spotkanie, ale zanotował też 13. porażkę. W samym 2026 roku to już pięć wygranych, ale też cztery przegrane. Do tej pory, kiedy Frederiksen miał gorsze momenty, by wspomnieć przegrany superpuchar i inauguracyjny mecz z Cracovią, cztery mecze bez wygranej oraz odpadniecie z eliminacji LM i LE, a ponadto dwie wyjazdowe bolesne porażki z Rayo i Arką, zawsze z tych turbulencji wychodził na prostą. Oczywiście to była jesień i nawet odpadnięcia z "lepszych" pucharów czy wpadki ligowe można było przykryć wizją lepszej przyszłości czy powrotami zawodników po licznych kontuzjach.
Jednak teraz jest marzec i przychodzi sprawdzian. Jak na studiach czy w szkole, kiedy cały rok lecisz na dwójkach, trójkach, ale zbliża się koniec roku i trzeba zadbać o jak najlepszą ocenę końcową. Wtedy margines błędu się kończy i do takiego sprowadził się Lech.
Tak, była przed chwilą najlepsza seria zwycięstw za czasów pracy Frederiksena, ale da się zauważyć, że ten szkoleniowiec ma ten sam problem, co cały Lech, a mowa o kontynuacji. O kontynuacji dobrego momentu, regularności dobrych (niezłych) wyników i uspokojenia rozchwianych poznańskich nastrojów.
Tu nie chodzi nawet o regularne wygrywanie, ale przede wszystkim o nieprzegrywanie. Czy to aż tak dużo w polskich realiach, mówiąc o czołowym polskim klubie? O nie tracenie goli w tak prosty sposób? (W lidze tylko Termalica, Arka, Lechia, Motor, Pogoń mają więcej straconych goli niż mistrz Polski).
Jakże inne byłyby nastroje, gdyby Lech - okej - przegrał z Widzewem i Szachtarem, ale grał dalej w Pucharze Polski. Albo odpadł z Pucharu, ale nie przegrał w Łodzi czy z Ukraińcami. To dawałoby zdecydowanie więcej wiary w ten zespół.
A tak dzisiaj Lech znowu skłania się do bycia nad ciągłą przepaścią tego sezonu. Straty w Lidze Konferencji odrobić będzie bardzo trudno, a w międzyczasie jest wyjazd do zaskakującego lidera PKO Ekstraklasy.
I nie, nie wymagamy za dużo. Wymagamy tyle, ile powinniśmy (bo to może komuś kołatać po głowie, czytając ten tekst).
Jasne, nawet porażka z Zagłębiem nie sprawi, że będzie "po zawodach". Ale znowu sprawi, że Lech zamiast przybliżać się do celów, będzie się od nich oddalał. I znowu będzie to porażka.
Puchar "maja"
Ten sezon finał będzie miał w maju (oczywiście ligowy). I Piotr Rutkowski powtarza, że mistrzostwo rozstrzyga się w Polsce w pięciu ostatnich kolejkach, ale czy Lech zawsze musi się sprowadzać do drużyny, która w tym okresie liczy na małe cuda i swój sprint? Oczywiście im wydatnie pomagając. Tak naprawdę ten sezon przy braku mistrzostwa - szczególnie w tak zwariowanych rozgrywkach polskiej Ekstraklasy, ale jednak przy zadyszce prawie całej stawki - będzie w Poznaniu rozczarowaniem.
A to ze względu na jakość kadry, doświadczony - w większości mistrzowski sztab - i całkiem niezłą pozycję wyjściową.
Cały czas nie jest źle, ale czasu na poprawę jest już coraz mniej. Frederiksen do tej pory skutecznie gasił swoje pożary, ale być może ten jest najpoważniejszy, bo fronty zaczynają wymykać się z rąk.
Na końcu może być faktycznie tak, że ktoś usiądzie i powie - no tak, z Górnikiem w Pucharze Polski mieliśmy chwilową zadyszkę, Crvena zvezda, Genk i Szachtar to była za wysoka półka, a przy takim marazmie w Ekstraklasie, i tak Lech okaże się najlepszy. Tego nikt nie wyklucza, ale jednak większość kibiców i ekspertów ma poczucie, że z tego potencjału ludzkiego i przy grze mistrzów Polski, jaką oglądamy - da wycisnąć się więcej.
Na razie w tym sezonie Lech nie zrobił niczego "wow". Wygrał jeden naprawdę duży mecz, może mecz sezonu pod kątem emocji, czyli ten z Rakowem. Jednak takie pojedyncze spotkanie to zdecydowanie za mało i znowu w przypadku Lecha brakuje regularności, bo cóż da taka wygrana, jak seria porażek zwiększy się do czterech, a nawet może i pięciu?
Niels Frederiksen znowu musi brać gaśnice i uspokoić głowy fanów oraz prezesów Lecha. Tylko czy to się znowu uda? A jak się uda, to w maju trzeba będzie samemu okazać się tym najlepszym w stawce. To dalej jest możliwe, ale im więcej takich wpadek, tym więcej wątpliwości staje nad projektem pt. Lech Poznań w sezonie 2026/27.