Ta decyzja Widzewa wkurzyła kibiców. Napięta atmosfera w Łodzi. "Pożartowaliście"

Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google?
Dodaj do źródeł
Dodaj do źródeł Google
Poprzedni sezon, bardzo rewolucyjny, okazał się dla Widzewa lekcją pokory. Nikt nie wyjdzie i butnie nie stwierdzi, że zespół nie będzie walczył o utrzymanie. To efekt między innymi tego, że mylnych proroków w Łodzi już nie ma. Problemy jednak pozostały.
Widzew do samego końca walczył o przetrwanie w Ekstraklasie. Cel udało się zrealizować, nieco przy pomocy szczęścia, którego zabrakło na wcześniejszym etapie rozgrywek, ale przede wszystkim dzięki znakomitej pierwszej połowie z Lechią Gdańsk. Późniejsze pokonanie Piasta Gliwice stanowiło jedynie przypieczętowanie czegoś, co miało być formalnością, a urosło do rangi sukcesu. Nikt w Łodzi nie szalał wprawdzie z szampanem, byłoby to niepoważne w świetle wydatków i 14. miejsca w tabeli, ale wszystkich - działaczy, piłkarzy, sztab trenerski i samego Roberta Dobrzyckiego - ogarnęło głębokie poczucie ulgi. Udało się, rewolucja mogła trwać.
Bez utrzymania Widzew nie przeprowadziłby tak punktowych zmian. Musiałby skupić się na większej liczbie elementów, sama kadra wymagałby znacznie poważniejszych korekt. Pozostanie w Ekstraklasie oznaczało, że wzięto się za gabinety. To właśnie tam zmieniło się w Widzewie najwięcej. Szybko pożegnano dotychczasowego prezesa, miejsce Michała Rydza zajął Dobrzycki, który nie zamierza prędko żegnać się z tą posadą. Po trudnych doświadczeniach poprzednich miesięcy jeszcze bardziej od środka dogląda spraw klubu i swoich pieniędzy.
W Łodzi nie ma też Dariusza Adamczuka i Łukasza Burlikowskiego. Duet, odpowiedzialny za transfery, miał nie tylko słabą skuteczność w okienku, ale nade wszystko zaliczył kompromitującą w oczach kibiców wypowiedź na temat dalszych losów zespołu. Kiedy pytano działaczy, czy Widzew będzie walczył o utrzymanie, zespół już nie znajdował się w dobrej sytuacji. Mimo tego Adamczuk z Burlikowskim podeszli do sprawy z uśmiechem na ustach, zaprzeczyli i jeszcze rzucili, że ewentualnie odpuści się Puchar Polski. W kolejnej wypowiedzi namaścili Osmana Bukariego na gwiazdę Ekstraklasy. Nigeryjczyka w Łodzi już nie ma, trafił na wypożyczenie do Serbii, gdzie miał najlepszy okres w całej karierze. W Crvenie już zrobił więcej niż przez cały pobyt w Polsce.
Wszystkie te decyzje przyjęto z pełnym zrozumieniem, chociaż zastąpienie Burlikowskiego i Adamczuka triem złożonym z Łukasza Masłowskiego, Artura Płatka i Piotra Kosiorowskiego tyleż robiło wrażenie, co rodziło obawy dotyczące rozmywania odpowiedzialności. Dyrektor pionu sportowego, dyrektor sportowy i dyrektor do sprawy scoutingu i rekrutacji więcej zdają się mieć z korporacyjnego porządku świata niż futbolu rozumianego w sposób dosłowny. Niemniej, cała trójka została w Łodzi przyjęta cieplej niż poprzedni dyrektorzy. To efekt świetnej pracy - Masłowskiego w Jagiellonii czy Kosiorowskiego w Polonii Warszawa. Ten drugi potrafił za bezcen ściągnąć do "Czarnych Koszul" Łukasza Zjawińskiego, jednego z najlepszych napastników I ligi, obecnie zaś piłkarza Legii.
Tempo działań w Widzewie jest jednak spokojne, być może wręcz cechuje je stagnacja. Transfer Marina Soticka miał wysypać się na ostatniej prostej, zawodnik nabrał wątpliwości, co do takiej przeprowadzki. W tym momencie Widzew zrealizował więc zaledwie dwa wzmocnienia - ściągnął Karola Świderskiego oraz Maria Garcię. Niewiele, chociaż akurat środek ataku i lewa strona obrony były tymi pozycjami, które wymagały najpilniejszego działania. Reszta wydaje się stosunkowo mocno obsadzona, co wynika z wcześniejszego, łapczywego wręcz działania Łodzian. W pewnym momencie mówiono przecież, że w drużynie kłębi się za dużo zawodników.
Jednocześnie próżno uciec przed wrażeniem, że zdecydowanie przyda się ktoś na skrzydło, a także do drugiej linii, również ze względu na kontuzje Lukasa Leragera i Szymona Czyża. Jeśli zaś sprzedany zostanie kapitan Juljan Shehu - czego wcale nie można kategorycznie wykluczyć - sprowadzenie pomocnika stanie się obowiązkiem. Reprezentant Albanii przyciągnął zainteresowanie z Niemiec i Hiszpanii, konkretna oferta do Widzewa jeszcze nie trafiła. Mówimy jednak o zawodniku 27-letnim, mającym prawdopodobnie ostatnią tak dobrą okazję do tego, aby złapać umowę i zaistnieć w jednej z najmocniejszych lig świata. Jeszcze bardziej pewne wydają się pożegnania Pape Meissy Ba oraz Andiego Zeqiriego.
Dokładnej analizy wymaga też prawa strona obrony, bo poważną kontuzję złapał Carlos Isaac. Jeśli zaś chodzi o atak, problemy doskwierają Samuelowi Akere oraz Angelowi Baenie, chociaż Hiszpan powinien wkrótce wrócić do zdrowia. Nie jest więc tak, że Widzew może sobie już pozwolić na zamknięcie kadry. Jeśli ma powalczyć o konkretny wynik, musi skoncentrować się na jakości tu i teraz. Trzeba jeszcze sporo podziałać, a zaciągnięty hamulec ręczny irytuje kibiców.
W podobny sposób odbiera się wiele innych działów klubu. Bo chociaż powierzchniowo w Widzewie wiele wydaje się zgadzać, fani narzekają na bardzo słaba komunikację ze strony klubu. Regres sięgnął też WidzewTV, a ostatni briefing nie był nawet dostępny jako transmisja na żywo. Zamieszanie wywołała ponadto rozbiórka P138. Concept Store zniknął, zanim się otworzył, a przecież miał pomóc w obsłudze kibiców w dni meczowe. O likwidacji projektu nie poinformowano oficjalnymi kanałami, wielu dowiedziało się o tym ze zdjęć. Wreszcie zaś, co wydawało się nieprawdopodobne, bardzo krytycznie odebrano wygląd nowych koszulek. Klasyczne, piękne czerwone trykoty są teraz flagą Austrii z fatalnie ulokowanymi sponsorami.
- Pożartowaliście, a teraz pokażcie prawdziwą - rzucił Piotr Wołosik. Jeszcze bardziej krytyczni, często niecenzuralni, byli kibice Widzewa.
Widzew wyciągnął lekcję z poprzedniego sezonu, ale wciąż jeszcze musi się wiele, bardzo wiele nauczyć. W tym momencie wydaje się, że drużynie bliżej środka tabeli niż europejskich pucharów. Podium pozostaje marzeniem.
Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google?
Dodaj do źródeł
Dodaj do źródeł Google