Tak Polak uciszył krytyków. Chcieli mu dowalić. Odpowiedział najlepiej, jak mógł
Gdy Tymoteusz Puchacz przechodził do azerskiego Sabahu, nie brakowało komentarzy, że to wypisanie się z poważnej piłki. Dziś 27-latek może jednak zagrać na nosie krytykom. Właśnie spełnił marzenie i awansował ze swoim klubem do Ligi Mistrzów.
Ostatnie lata Tymoteusza Puchacza były mocno turbulentne. Od odejścia z Lecha Poznań latem 2021 roku zmienił klub aż sześciokrotnie. Nie udało mu się zbudować kariery w Niemczech oraz Anglii, zwiedził Turcję i Grecję, aż wreszcie wybrał wyjazd na wschód, do Azerbejdżanu. W tamtym momencie musiał się nasłuchać i naczytać, ale wyszło na jego. Dziś zalicza tam przygodę życia.
Historyczne sukcesy na podwórku krajowym, wywalczony właśnie awans do Ligi Mistrzów. Wyjazd do Sabahu okazał się dla Puchacza świetnym rozdziałem kariery. I chyba pozwoli zamknąć usta krytykom, którzy powątpiewali w sens jego wyboru.
Wyśmiał Mainz, odbił się od Niemiec
Na postrzeganie Puchacza mocno wpływa jego pamiętna wypowiedź z czasów, gdy pierwszy raz mówiło się głośno o możliwym wyjeździe lewego defensora za granicę. Latem 2020 roku grające w Bundeslidze Mainz oferowało za niego Lechowi cztery miliony euro. Szykujący się do walki w Lidze Europy “Kolejorz” nie był jednak skory do sprzedaży piłkarza. Sam Puchacz również nie chciał przenosić się do Moguncji, komentując temat w charakterystyczny dla siebie, zawadiacki sposób.
- Musiałby się zgłosić klub, którego propozycji nie mógłbym odrzucić, żebym odszedł. Na dziś Mainz mogłoby przyjechać do Poznania i dostać w trąbę. Nie byłem więc chętny, żeby wyjeżdżać do takiego zespołu - mówił w programie Misja Futbol na Kanale Sportowym.
Te słowa ciągnęły się potem za wychowankiem Lecha. Rok później przeniósł się bowiem do Niemiec, wybierając Union Berlin. I starcie z Bundesligą go zweryfikowało. Przez pół sezonu grał tylko w Lidze Konferencji, jedynie dwukrotnie załapał się na ławkę przy okazji ligowych spotkań. Niejednokrotnie złośliwie wypominano mu komentarz dotyczący Mainz, bo w końcu nie obronił się w tej samej lidze, w której grała drużyna mogąca “dostać w trąbę” od Lecha. Przykleiła się do niego łatka zarozumiałego gościa, zweryfikowanego szybko przez “twardą rzeczywistość”.
“Eurotrip”
Zaledwie kilka miesięcy po transferze do Unionu, w styczniu 2021 roku, Puchacz zaczął “eurotripa”. Zaczął od półrocznego wypożyczenia do Trabzonsporu, gdzie zaliczył kilkanaście występów i zdobył mistrzostwo Turcji. Potem przyszła kolejna półroczna próba w Unionie, ale znów, nawet pomimo debiutu w Bundeslidze, zakończyła się niepowodzeniem i zaledwie trzema występami. Następnie wypożyczenie do Panathinaikosu i rola rezerwowego.
“Puszka” odbił się dopiero w rozgrywkach 2023/24, po powrocie z Grecji. Wówczas ruszył na wypożyczenie do drugoligowego Kaiserslautern. Choć drużyna ta broniła się przed spadkiem, Polak zapisał na swoim koncie dwucyfrówkę w rubryce asyst i miał istotny udział w sensacyjnym awansie do finału Pucharu Niemiec. To pokazało, że jeszcze całkowicie nie przepadł. Po sezonie Polak przykuł uwagę debiutującego w Bundeslidze Holstein Kiel. Zaczął pierwszy ligowy mecz z Hoffenheim w podstawowej jedenastce, ale wypadł bardzo słabo. Został zmieniony już w przerwie. Potem nie było dużo lepiej.
Polak znów dotrwał w niemieckiej elicie tylko do połowy rozgrywek, choć w samej lidze zagrał dziesięciokrotnie. W styczniu ponownie musiał poszukać wypożyczenia - tym razem padło na angielską Championship i Plymouth Argyle. Tam zaczęło się nieźle, bo od sensacyjnego wyeliminowania Liverpoolu z Pucharu Anglii, ale ligowe realia szybko rozwiały entuzjazm. Ekipa Puchacza spadła z ligi, a on nie miał czego szukać w Kiel. Od momentu transferu do Unionu zmieniał klub aż pięciokrotnie w ciągu czterech lat. I musiał zrobić to ponownie.
“Krzywe zachowanie”
Gdy 27-letni dziś zawodnik skończył przygodę w Anglii, pojawiły się plotki łączące go z powrotem do ojczyzny. Sugerowano, że w Ekstraklasie mógłby się odbudować po nieudanej próbie podbicia futbolowej Europy. W większości klubów po odejściu z Lecha, nawet jeśli początkowo grał, to z czasem siadał na ławce. Zagranica, na pierwszy rzut oka, niosła ze sobą tylko opcję kolejnego grzania ławy albo egzotycznej piłkarskiej emerytury.
Dlatego, gdy w mediach pojawiły się doniesienia o zaawansowanych rozmowach z GKS-em Katowice, brzmiało to bardzo sensownie. Puchacz przystał na warunki oferowane przez klub. Wszystko miało się ku finalizacji, ale… nagle zmienił zdanie. Wybrał ofertę azerskiego Sabah FK, czym rozwścieczył prowadzącego “GieKsę” Rafała Góraka.
- Jeśli ktoś podaje mi rękę i mówi, że warunki są przyjęte, zaakceptowane przez wszystkie strony, jeśli agencja i my jako klub mówimy to samo, to dla mnie jest to coś więcej niż to, że ktoś mówi, że dzisiaj wpłynęła do mnie inna oferta. Ja takich rzeczy nie uznaję. Mógł powiedzieć, że te warunki są przyjęte, ale jeżeli wpłynie jakaś oferta, to on jeszcze z niej skorzysta - mówił Górak w rozmowie z Tomaszem Ćwiąkałą (...). - Nie lubię takich zachowań. Dla mnie one są nieprofesjonalne, a ja nie uznaję nieprofesjonalizmu.
Sam Puchacz również odniósł się do tej sytuacji w rozmowie z naszym portalem.
- To było krzywe zachowanie z mojej strony. Tylko że walczyłem o swoją karierę i swój komfort. Chyba każdy z nas jest trochę egoistą w środku i patrzy na siebie. Podjąłem decyzję, która wtedy wydawała mi się najlepsza dla mnie.
Wielu nie rozumiało jednak decyzji Polaka. Stawiali na nim krzyżyk, sugerowali, że futbol na najwyższym poziomie już mu odjechał. Gdy przenosił się do Azerbejdżanu, nie brakowało krytycznych głosów - nie tylko ze strony rozżalonych kibiców GKS-u. Wystarczy spojrzeć na komentarze pod informacją o parafowaniu umowy podaną przez Tomasza Włodarczyka.
“Gość ma nierówno pod sufitem…”
“...Tragicznie prowadzi swoją karierę”.
“On nie ma umiejętności na poważne granie i kluby…”
“... musiał wygooglować, gdzie to leży i że to nie jest nowy singiel Bedoesa”.
To tylko kilka mniej obraźliwych opinii internautów o jego decyzji. Po czasie wiemy już, że jeśli ktoś miał tu rację, to jednak sam Puchacz, nie jego krytykanci.
Ku piłkarskiej krainie marzeń
Powiedzmy sobie szczerze - wyjazd do Azerbejdżanu kojarzy się ze skokiem na kasę. I pewnie w dużym stopniu nim był. Pod względem sportowym mało kto mógł zakładać walkę o najwyższe cele. W tamtejszych rozgrywkach dominuje Karabach Agdam. We wcześniejszych 12 sezonach aż 11-krotnie sięgał po mistrzostwo. Rzucenie mu rękawicy brzmiało jak wielkie wyzwanie. Choć ściągający Puchacza Sabah bronił krajowego pucharu, trudno było zakładać walkę z hegemonem. Dopiero co stracił do niego cztery pozycje w tabeli i 41 punktów. Tymczasem ekipa Polaka sprawiła sensację i sięgnęła po krajowy dublet, zdobywając pierwszy tytuł mistrza kraju w historii - niespełna dziewięć lat po powstaniu. “Puszka” miał w tym ogromny udział, bo gdy mógł, grał właściwie wszystko i w samej lidze zanotował aż 12 asyst. A wypożyczenie zakończyło się transferem definitywnym.
Piękny sen ekipy Valdasa Dambrauskasa trwa dalej tego lata. Sabah przeszedł drogę od pierwszej rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów aż do fazy ligowej. Po drodze wyeliminował m.in. dobrze znane nam Aarhus, a w decydującym dwumeczu wygrał po dogrywce z Hapoelem Beer Szeewa. Doprowadził do niej właśnie Puchacz, który w ostatniej akcji podstawowego czasu gry idealnie dograł z rzutu rożnego i zaliczył asystę. Już drugą w tym dwumeczu, a piątą w eliminacjach. Pod tym względem były gracz Lecha był numerem jeden całych rozgrywek.
Ledwie rok po tym, gdy mówiono, że Puchacz kończy z poważnym graniem w piłkę, zaliczył duży udział w czymś, co od dekady nie udało się żadnemu klubowi naszej Ekstraklasy. Spełni marzenia, dostanie szansę gry z wielkimi europejskimi markami, takimi jak FC Barcelona, Manchester United, Arsenal, Borussia Dortmund czy Napoli.
Wzruszenie “Puszki” po końcowym gwizdku mówiło wszystko. To jeden z najpiękniejszych momentów jego kariery. To, co miało być przedwczesną piłkarską emeryturą czy “wyjazdem turystycznym”, okazało się drzwiami do pięknej historii i spełnienia marzeń. Bo przecież prawie każdy piłkarz śni o tym, aby wystąpić w Lidze Mistrzów.
Do reprezentacji go!
Dotychczas występy w Azerbejdżanie nie przekonały Jana Urbana, by powołać Puchacza do kadry. Wychowanek Lecha zaliczył w niej swój 15. (i na razie ostatni) występ niemal dwa lata temu, w Lidze Narodów przeciwko Szkocji. Od czerwca 2022 zagrał w narodowych barwach zaledwie trzy razy - za każdym z ławki. I dobrze to pokazuje niekorzystny kierunek, w którym zmierzała jego kariera.
- Nie mamy takiego typowego lewego obrońcy (...) - mówił Urban w maju, gdy pytano go o grę biało-czerwonych czwórką z tyłu.
Skoro brak opcji na tej pozycji, trudno pominąć “Puszkę”. O tym zresztą pisaliśmy więcej TUTAJ. Ktoś powie: “to tylko Azerbejdżan”, ale przecież Polak będzie zaraz sprawdzony na poziomie Ligi Mistrzów. Jako kluczowy gracz zespołu o jakości gwarantującej prawo gry na jej murawach, powinien być brany pod uwagę przez selekcjonera.
Niezrozumiana początkowo decyzja o wyjeździe na wschód okazała się dla Puchacza życiową szansą. Otworzyła rozdział - wydawało się - nieosiągalny. Kto jeszcze rok temu wierzyłby w Ligę Mistrzów i zamknięcie ust krytykom? On widział w tym sens, najlepszy wybór dla siebie samego. I podjął właściwą decyzję. Zobaczymy, gdzie dalej zaprowadzą go futbolowe drogi. Na razie jednak wygląda na to, że po głębokim dole wszedł na wyżyny, których jeszcze nie osiągnął. A może zajdzie jeszcze dalej?