Tak Realowi wysypał się transfer gwiazdy. Nieprawdopodobne. "Czekała już specjalna scena"

Tak Realowi wysypał się transfer gwiazdy. Nieprawdopodobne. "Czekała już specjalna scena"
charnsitr / shutterstock
Wojciech - Klimczyszyn
Wojciech KlimczyszynDzisiaj · 08:00
11 lat temu transfer Davida De Gei z Manchesteru United do Realu Madryt legł w gruzach. Przedstawiamy niezwykłą historię o tym, jak wadliwa technologia pokrzyżowała plany gigantów i przypadkowo dała początek jednej z najbardziej utytułowanych er w dziejach “Królewskich”.
Gdy obecny bramkarz Fiorentiny - David de Gea, postanowi zakończyć swoją karierę piłkarską, z pewnością będzie miał wiele pięknych wspomnień. 545 występów w barwach Manchesteru United – co plasuje go na siódmym miejscu w klubowej klasyfikacji wszech czasów – oraz 45 meczów w reprezentacji narodowej, czyni go zawodnikiem wybitnym. Jest jednak także jeden zwrotny moment, który zapewne nie raz skłaniał świetnego golkipera do rozmyślań.
Dalsza część tekstu pod wideo
W erze cyfrowej, kiedy transakcje opiewające na dziesiątki, a nawet setki milionów euro zawierane są za pomocą zaszyfrowanych komunikatorów, a podpisy składane na tabletach, trudno wyobrazić sobie, by o losach najdroższych piłkarzy świata decydowały urządzenia pamiętające końcówkę XX wieku.
A jednak. Ostatniego dnia letniego okienka sezonu 2015/16 kariera De Gei zawisła na technologicznym absurdzie – spóźnionym, zablokowanym lub niewłaściwie sformatowanym dokumencie przesyłanym pomiędzy Manchesterem a Madrytem. Legenda o „wadliwym telefaksie” na stałe weszła do kanonu piłkarskiego folkloru, stając się synonimem biurokratycznej farsy i nieudolności.

Oczywisty ruch

Lato 2015 roku na rynku transferowym upływało pod znakiem wyczekiwania. David De Gea, 24-letni wówczas bramkarz Manchesteru United, rozgrywał kapitalne mecze na Old Trafford, wyrastając na absolutną gwiazdę Premier League i zyskując status pierwszego bramkarza reprezentacji Hiszpanii.
Jednak w sercu zawodnika wychowanego w szkółce Atletico rósł sentyment – chęć powrotu do ojczystego kraju oraz perspektywa gry dla rywala zza miedzy, Realu. Na Bernabeu czekała na niego nie tylko posada pierwszego bramkarza po odchodzącym w atmosferze konfliktu Ikerze Casillasie, ale i lepszy humor partnerki, piosenkarki Edurne Garcii, która nie kryła, że deszczowy Manchester chętnie zamieniłaby na gorący Madryt.
Real pod wodzą Florentino Pereza widział w De Gei idealnego sukcesora na lata. Sam piłkarz odmówił podpisania nowego kontraktu w Anglii, mimo że do końca jego umowy zostawał zaledwie rok. W ten sposób postawił władze „Czerwonych Diabłów” pod ścianą: albo sprzedadzą go teraz za w miarę przyzwoitą kwotę, albo za 12 miesięcy odejdzie za darmo.
Po drugiej stronie barykady stał Ed Woodward – wiceprezes wykonawczy Manchesteru United, znany z twardego, choć bynajmniej nie bezbłędnego podejścia do negocjacji. Na jego polecenie ówczesny menedżer United, Louis van Gaal, odsunął De Geę od składu na początku sezonu 2015/16, argumentując to „brakiem właściwej koncentracji”. Wydawało się zatem kwestią czasu, kiedy ruch dojdzie do skutku. Problem polegał na tym, że obie strony grały na zwłokę, testując nawzajem swoją cierpliwość.

Organizacyjny chaos

Poniedziałek, 31 sierpnia 2015 roku. Ostatni dzień letniego okienka transferowego w Hiszpanii (w Anglii okienko zamykało się dzień później, co dodatkowo skomplikowało sytuację). Choć o transferze bramkarza mówiono od maja - realne, formalne negocjacje ruszyły dopiero rano w dzień ostatecznego terminu.
Warunki finansowe były stosunkowo proste. Real miał zapłacić około 29–30 milionów funtów (30 milionów euro plus zmienne), a w drugą stronę – do Manchesteru – powędrowałby kostarykański bramkarz - Keylor Navas, wyceniany na 15 milionów euro. Zegar nieubłaganie tykał, a do domknięcia potężnej, dwustronnej transakcji potrzebne było dopięcie szczegółów nie jednego, lecz właśnie dwóch kontraktów oraz dokumentacji sprzedażowej.
O godzinie 23:53 Manchester sfinalizował porozumienia z przedstawicielami Keylora Navasa i tym samym wszystkie papiery zostały podpisane. Do zamknięcia hiszpańskiego okienka transferowego (LFP) pozostawało zaledwie siedem minut. W tym momencie do akcji wkroczyła technologia, która zaważyła na wszystkim.
O północy wybiła godzina zero. W Hiszpanii okienko zostało formalnie zamknięte. Minutę później hiszpańscy dziennikarze, zebrani pod siedzibą LFP oraz przed stadionem Santiago Bernabeu, przekazali zdumiewającą wiadomość: dokumenty nie dotarły na czas. Co tak naprawdę się stało? Wersje obu klubów znacząco się różniły, co doprowadziło do bezprecedensowej wojny na oświadczenia dla prasy.
Real Madryt wydał dziesięciopunktowe, oficjalne stanowisko, w którym oskarżył United o celowe opóźnianie procedur. Według “Królewskich” Anglicy wprowadzili dane do FIFA TMS (Transfer Matching System) dokładnie o 00:00, ale dokumenty transferowe De Gei przysłali do Madrytu o 00:02, czyli dwie minuty po terminie. Co więcej, dane Keylora Navasa w ogóle nie zostały na czas wprowadzone do systemu.
Play video
Manchester United odpowiedział natychmiast własnym komunikatem. „Czerwone Diabły” zapewniały, że wysłały wszystkie dokumenty o 23:55 czasu hiszpańskiego i posiadają na to oficjalne stempelki i potwierdzenia z systemu FIFA TMS. Wśród mediów rozeszła się jednak wieść, która szybko obiegła świat w formie internetowych memów.
Jedna z wersji głosiła, że faks wysłany przez Manchester United dotarł za późno z powodu awarii starego urządzenia w Madrycie. Inna donosiła o błędach w formacie plików – dokumenty rzekomo wysłano w formacie, którego komputery w siedzibie hiszpańskiej ligi nie potrafiły otworzyć. Pojawiały się nawet żarty o niezaktualizowanym systemie Windows 95. Niezależnie od tego, czy zawinił przestarzały telefaks, uszkodzony plik PDF czy powolność działu prawnego na Old Trafford, werdykt był bezwzględny: De Gea nie został zgłoszony przed północą. Transfer upadł. Wszystko poszło, nomen omen, w diabły.

Nie ma tego złego…

W poniedziałek wieczorem w Madrycie wszystko było gotowe. Na Santiago Bernabeu wybudowano specjalną scenę do oficjalnej prezentacji zawodnika, a sam David De Gea przebywał w Madrycie, czekając w garniturze na telefon, by udać się na stadion. Po północy musiał zdjąć krawat i wrócić do Manchesteru. Szybko jednak zmienił nastawienie, podpisał z United nowy, długoterminowy kontrakt, stając się najlepiej opłacanym bramkarzem świata. Pozostał w Teatrze Marzeń aż do lata 2023 roku, zdobywając z klubem m.in. Puchar Anglii, Puchar Ligi i Ligę Europy, ale nigdy nie sięgnął po mistrzostwo Anglii czy Ligę Mistrzów.
Z kolei Keylorowi Navasowi anulowanie transakcji wyszło na dobre w sposób absolutnie niezwykły. Kostarykańczyk został w Madrycie i w kolejnych trzech sezonach (2015/16, 2016/17, 2017/18) wygrał z Realem Madryt trzy Ligi Mistrzów z rzędu, będąc jedną z kluczowych postaci drużyny Zinedine'a Zidane'a.
Dzień po fiasku “Operacji De Gea” kompleks treningowy Valdebebas odwiedził Florentino Perez. Aby ugasić pożar wizerunkowy, prezes osobiście przeprosił swojego bramkarza za to, jak został potraktowany w trakcie negocjacji. Jednocześnie klub zrehabilitował się i poprawił mu warunki kontraktu.
W Madrycie do dziś wielu kibiców uważa wadliwy faks za „najlepszą rzecz, jaka mogła przytrafić się Los Blancos”. Dopiero w 2018 roku Madrytczycy zdecydowali się na zakup bramkarza z Premier League – sprowadzając Thibauta Courtois z Chelsea, co ostatecznie zamknęło temat poszukiwania następcy w bramce na długie lata. Reszta jest historią. I trwa zresztą do dziś.

Przeczytaj również