To dziś najlepszy napastnik w Ekstraklasie. A Legia wolała… Rajovicia

Chyba nikt nie przewidziałby, że po 10 kolejkach sezonu najlepszymi strzelcami w PKO BP Ekstraklasie będą Jordi Sanchez i Ilja Szkurin. Ten pierwszy jeszcze kilka miesięcy temu nie wyróżniał się szczebel niżej, drugi został oddany bez żalu przez Legię, notując potem trudny start w GKS-ie Katowice. Dziś Białorusin jest już jednak w znakomitej formie i ma chrapkę, by zakończyć rozgrywki z koroną króla strzelców.
Falowanie i spadanie. Tak można streścić ostatnie lata kariery Ilji Szkurina, który najpierw całkowicie przepadł w Rakowie Częstochowa, potem zachwycał jako gracz Maccabi Petah Tikva i Stali Mielec, by po nieudanej przygodzie w polskiej stolicy odbudować się, choć też nie od razu, w koszulce GKS-u Katowice.
W Rakowie przepadł, w Stali zachwycał
Gdy pierwszy raz usłyszeliśmy o Szkurinie, kalendarz pokazywał luty 2022 roku. Białoruski napastnik został wówczas wypożyczony z CSKA Moskwa do Rakowa Częstochowa. Jeśli mielibyśmy jednak podsumować ten etap jego kariery w jednym obrazku, musielibyśmy wkleić słynnego mema z Simpsonów. Wejście przez drzwi i momentalne wyjście. Nic dziwnego, że niektórzy do dziś reagują słowami: “To on tam grał?!”. Szkurin pod Jasną Górą zaliczył dwa występy i po spędzeniu na murawie 63 minut został skreślony przez Marka Papszuna.
Białorusin nie zraził się jednak do Polski i niecały rok później, po udanej przygodzie w izraelskim Maccabi Petah Tikva, znów wylądował nad Wisłą. Sięgnęła po niego, ponownie na zasadzie wypożyczenia, wtedy jeszcze ekstraklasowa Stal Mielec. I był to dla wszystkich stron strzał w dziesiątkę.
Szkurin w sezonie 2023/24 przechodził samego siebie. Chociaż nie grał dla żadnego z czołowych zespołów (Stal zakończyła wtedy rozgrywki na 11. miejscu), strzelał jak na zawołanie. W 33 meczach uzbierał 16 bramek, a nie zapominał przy tym o kolegach, do których zaliczył pięć asyst. W klasyfikacji strzelców musiał uznać wyższość tylko jednego piłkarza - Erika Exposito. Sporo pisało i mówiło się wtedy o ewentualnym transferze Białorusina, którym zainteresowały się m.in. Bologna czy Panathinaikos Ateny.
- Wiem, że karabin może się zaciąć i będziecie się śmiać, ale na dziś moglibyśmy siąść do negocjacji, jakby pojawiła się oferta na 2,5 mln euro - mówił w trakcie sezonu prezes Stali, Jacek Klimek.
Ostatecznie Szkurin został w Mielcu jeszcze przez połowę kolejnego sezonu. Wyraźnie spuścił już z tonu, w 20 meczach rundy jesiennej i na początku wiosny zdobył tylko pięć bramek. Zamiast ruszyć na podbój którejś z topowych lig, wylądował wówczas w… Warszawie. Legia wyłożyła na stół około 1,2 mln euro.
Trudny czas
Z perspektywy czasu wiemy już, że był to kiepski interes “Wojskowych”. Szkurin miał co najwyżej przebłyski. W 25 meczach strzelił pięć goli, z czego jedynie dwa na ligowym gruncie. Potrafił natomiast błysnąć w finale Pucharu Polski czy meczu o krajowy superpuchar. W obu tych spotkaniach trafiał do siatki, przyczyniając się do ważnych zwycięstw Legii z Pogonią oraz Lechem. Nie zostawił więc po sobie całkowicie spalonej ziemi.
Legia na początku sezonu 2025/27 wyszła natomiast z założenia, że stawiać woli na sprowadzonych latem Miletę Rajovicia i Antonio Colaka. Nawet mimo odejścia Marca Guala czy poważnej kontuzji Jeana-Pierre’a Nsame, dla Szkurina po prostu zabrakło miejsca. O pożegnaniu Białurusina miał zadecydować ówczesny szkoleniowiec “Wojskowych”, Edward Iordanescu.
Wtedy rękę do snajpera wyciągnął GKS Katowice, który widział w Szkurinie na tyle duży potencjał, że zdecydował się na jeden z najdroższych zakupów w swojej historii. Więcej kosztowali jedynie Mateusz Kowalczyk i - po czasie - Pau Resta. Mimo wszystko nie był to jednak najlepszy biznes Legii, która po wydaniu na Białorusina 1,2 mln euro, odzyskała mniej więcej jedną trzecią tej kwoty.
Sam napastnik potrzebował sporo czasu, by odnaleźć się w Katowicach. Przez długie miesiące przegrywał walkę o miejsce w składzie z Adamem Zrelakiem, licząc pierwsze 14 meczów ligowych w koszulce GKS-u - tylko w jednym trafiał do siatki. Marnował przy tym sporo sytuacji, był krytykowany, momentami traktowany już trochę z politowaniem. Jesienią przebłyski miał głównie w Pucharze Polski, gdzie notował serię trzech meczów z rzędu z golem.
Kapitalny start sezonu
Wiosna dała jednak nadzieję. Szkurin nie zaczął może zachwycać co mecz, ale miał kilka udanych występów. Trafiał z Lechem i Lechią, w starciu z Bruk-Betem do gola dorzucił asystę, decydujące podanie zaliczył też w rywalizacji z Górnikiem. Przede wszystkim jednak - wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce. Tendencja się odwróciła i to Zrelak częściej zaczął pełnić rolę zmiennika.
A obecny sezon to już prawdziwe show Białorusina. Znów pokazuje on twarz, którą widzieliśmy w czasach jego gry dla Stali. Po 10 ligowych spotkaniach ma na koncie osiem bramek i dwie asysty, a dwa gole dorzucił też w eliminacjach Ligi Konferencji. Na ligowym gruncie jest najskuteczniejszy (ex aequo z Jordim Sanchezem). Nawet przeciwko liderowi z Zabrza, który wygrał osiem z dziesięciu meczów, Szkurin potrafił ustrzelić hat-tricka. W klasyfikacji kanadyjskiej wyprzedza go jedynie kumpel z drużyny, niezawodny Bartosz Nowak.
Wydaje się, że Białorusin trafił do idealnego dla siebie środowiska, choć potrzebował trochę czasu, by znów pokazać pełnię swojego potencjału. Prowadzący “GieKSę” Rafał Górniak jak mało kto potrafi wydobywać z piłkarzy ich możliwości. A Szkurin, można odnieść takie wrażenie, potrzebuje stabilnej pozycji w składzie i dużego zaufania. Wtedy potrafi się za nie odwdzięczać w najlepszy możliwy sposób.
Korona króla strzelców? To dla Białorusina naprawdę realny scenariusz. Już raz był blisko. Teraz występuje jednak w dużo lepszej drużynie i jeśli znacząco nie spuści z tonu, może zaliczyć sezon życia.