To ten moment pogrzebał Alonso. Nie do wiary, co zrobił Real Madryt
Szok. Niedowierzanie. Real Madryt wstrząsnął światem piłki, wydając komunikat o rozstaniu z Xabim Alonso. Dziwić może nie tylko decyzja o zakończeniu tego związku, ale też wybór następcy 44-latka.
Wiemy, że nic nie wiemy. Taką nauczkę można wyciągnąć z poniedziałkowych wydarzeń. W godzinach porannych Jose Felix Diaz i Mario Cortegana, czyli wydawałoby się najlepiej poinformowani dziennikarze w sprawach związanych z Realem Madryt, zgodnie podawali, że Xabi Alonso będzie kontynuował pracę. A tu zonk. Nie będzie. Jak grom z jasnego nieba spadło “comunicado oficial” o końcu tej współpracy. O tym, jak zaskakujący był to ruch, świadczy też to, co zrobił słynny AS. Madrycki dziennik najpierw napisał, że 44-latek sam poprosił o odejście, aby po kilkudziesięciu minutach zaktualizować artykuł, podkreślając, że doszło do zwolnienia. Jak było naprawdę? Wiedzą to pewnie tylko sami zainteresowani.
Patrząc z boku, na pewno łatwo można dojść do wniosku, że to nie jest najlepszy moment na zmianę trenera. Jeśli już “Królewscy” mieli dokonywać roszady, mogli zdecydować się na nią po grudniowych porażkach z Celtą i Manchesterem City, kiedy kibice na Santiago Bernabeu hucznie wygwizdywali pokonanych ulubieńców. Nowy szkoleniowiec miałby wówczas przerwę świąteczną na przygotowanie się do tej roli, zapoznanie z zawodnikami, opracowanie ewentualnej strategii transferowej. Krótko mówiąc, wdrożenie się do projektu. Teraz nie będzie na to czasu, ponieważ styczeń jest jednym z najbardziej pracowitych miesięcy dla piłkarzy w Hiszpanii. “Los Blancos” w najbliższych 18 dniach rozegrają aż sześć spotkań na trzech różnych frontach. Miejsc na pomyłki nie ma, jeśli nie chce się postawić krzyżyka na całym sezonie.
Zaburzenie hierarchii
Wróćmy do tematu Xabiego Alonso. Czy jego Real Madryt potrafił grać dobrze? Tak, ale rzadko. Hiszpan raczej nie spełnił złożonej latem obietnicy dotyczącej tego, że jego zespół będzie prezentował się w rock'n'rollowym stylu. W wielu meczach nie było ani rocka, ani rolla, a ostało się co najwyżej and. Nie można jednak w pełni obwinić za to 44-latka. Widać było bowiem, że ma pomysł na drużynę, ale największy problem sprawia mu przekonanie drużyny do tego, aby uwierzyła w jego idee. Wystarczy przypomnieć październikowe El Clasico, w którym “Królewscy” rozegrali naprawdę znakomite zawody. Pokonali Barcelonę tylko 2:1, chociaż spokojnie zasłużyli na wyższe zwycięstwo. Ograniczyli atuty Katalończyków, manewr z Eduardo Camavingą bliżej prawego skrzydła sprawdził się bez zarzutu, Pedri i De Jong byli wówczas bezradni w środku pola. To był szczytowy punkt kadencji Xabiego, a jednocześnie moment, od którego zaczęła się stopniowa zapaść.
Następujący później regres wcale nie musiał wynikać z aspektów czysto taktycznych. Główny problem polegał na tym, że po wspomnianym Klasyku więcej niż o wyniku mówiło się o zachowaniu Viniciusa, który wściekł się na zmianę, pomstował na trenera i zaczął krzyczeć, że odchodzi. Włodarze Realu mieli wówczas ważną decyzję do podjęcia. Mogli pokazać zawodnikom miejsce w szeregu, stając murem za trenerem. Mogli też przemilczeć całą sytuację i udawać, że nic wielkiego się nie stało. Wybrali tę drugą opcję, co było niemal równoznaczne z naciśnięciem czerwonego przycisku autodestrukcji.
W tamtej chwili status trenera został nie tyle podważony, co nieodwracalnie zniszczony. Piłkarze dostali sygnał, że jeśli chcą, to tak naprawdę mogą czuć się ważniejsi od szkoleniowca. Hiszpańskie media informowały w międzyczasie, że Xabi postanowił zmienić podejście, dostosować się do szatni, pójść jej na rękę, rezygnując choćby ze zbyt długich odpraw przedmeczowych. Ale trudno stać się liderem wiodącym lud na barykady, kiedy nie masz przekonania, że dana grupa jest gotowa pójść za tobą w ogień. Tak oto w kolejnych tygodniach zespół ani razu nie zagrał tak znakomicie, jak 26 października, gdy Real wygrał z Barceloną, ale Alonso przegrał.
Klasyki mogą posłużyć za klamrę tej dość krótkiej przygody na stanowisku trenera “Los Blancos”. Przebieg niedzielnego Superpucharu Hiszpanii różnił się diametralnie od poprzedniej potyczki na Bernabeu. Tym razem “Blaugrana” odniosła zasłużone zwycięstwo. W wielu fragmentach finału bezradni madrytczycy jedynie okopywali się tłumnie przed własną bramką. Nie było już wysokiego pressingu, skutecznej współpracy pomocników, sposobu na wygranie rywalizacji o środkową strefę. To wszystko zniknęło. Ale z perspektywy trenera najgorsze nadeszło dopiero po końcowym gwizdku. Media społecznościowe obiegło nagranie, na którym widać, że Xabi zaprasza zawodników, aby ustawili się do szpaleru. Po czym Mbappe macha ręką w przeciwną stronę. Kto postawił na swoim? Oczywiście Francuz, którego posłuchali wszyscy zawodnicy oraz szkoleniowiec. Ktoś może powiedzieć, że to nic nie znaczy, że to burza w szklance wody i dobudowywanie narracji pod tezę. Może. A może ten obrazek stanowił dobitne potwierdzenie tego, kto przejął dowodzenie w szatni i skłonił menedżera do wywieszenia białej flagi.
Ryzykowny następca
- Zarząd nie sądzi, że Alonso jest jedynym winnym, ale klub nie był zadowolony z wyników i wizerunku zespołu. Istniały też obawy dotyczące tego, że znaczna część szatni nie ma dobrego kontaktu z trenerem. Siła piłkarzy w Realu jest większa niż kiedykolwiek. W tym sezonie pojawiły się napięcia nie tylko między Alonso i Viniciusem. Kilku innych graczy też było niezadowolonych z jego sposobu zarządzania - opisał portal The Athletic, kiedy już pojawiła się informacja o odejściu Xabiego.
I tu przechodzimy do drugiej ważnej wiadomości, czyli przejęcia drużyny przez Alvaro Arbeloę. Klub postawił na zasłużoną osobę, człowieka, który przez całą karierę piłkarską i trenerską z dumą prezentował miłość do Realu. Najpierw przez lata był etatowym żołnierzem w defensywie. Po zawieszeniu butów na kołku pozostał w swoim ukochanym zespole. Od 2020 roku z sukcesami prowadził młodzieżówki “Los Blancos”. W sezonie 2022/23 jego ekipa do lat 19 sięgnęła po potrójną koronę, w poprzednich rozgrywkach ponownie wywalczył mistrzostwo Hiszpanii. Generalnie jego drużyny kroczyły od jednego sukcesu do drugiego. Ale mówimy o piłce juniorskiej.
- Jeśli chodzi o opcje wewnątrz klubu, to mocno przewija się nazwisko Alvaro Arbeloi. Źródła sugerują jednak, że jego przybycie będzie obarczone sporym ryzykiem. Trzeba skoncentrować się na potencjalnej reakcji szatni na trenera bez doświadczenia na najwyższym poziomie - informował w grudniu Raul Fuentes z dziennika Marca, kiedy pojawiały się już doniesienia o możliwym zwolnieniu Xabiego.
Tu leży pies pogrzebany. Problemem Realu nie jest jakość piłkarska. “Los Blancos” mają piekielnie mocną kadrę i kapitalną sytuację finansową, która umożliwia sprowadzenie kolejnych gwiazd. Ale nie chodzi o to, aby do Viniciusa i Mbappe dołożyć jeszcze Haalanda z Dembele. Madrytczycy potrzebują osoby, która zapanuje nad zbiorem mocnych osobowości. Chodzącego autorytetu. Kogoś, kto wyznaczy kierunek, którym podążą wszyscy zainteresowani. Takiego Zinedine’a Zidane’a z 2016 roku. Czy Alvaro Arbeloa spełnia te kryteria? Nie ferujemy wyroków, ale wątpliwości rodzą się same.
Były prawy obrońca dysponuje mniej okazałym CV niż Xabi w momencie przejęcia Realu. Przypomnijmy przecież, że Alonso nie wrócił na Bernabeu jako kompletny żółtodziób, ale trener, który rok wcześniej zgarnął z Bayerem dublet, nie ponosząc ani jednej porażki na krajowym podwórku. Dokonał niemal niemożliwego, detronizując Bayern. Był łączony z potęgami pokroju “Die Roten” czy Liverpoolu. Jako kandydat po prostu dysponował lepszymi warunkami od Arbeloi, który na razie triumfował z juniorami i musiał radzić sobie z ego nastolatków, a nie piłkarzy pokroju Mbappe czy Bellingham.
Nigdy nie lekceważ Realu Madryt
Istnieje ryzyko, że powierzenie drużyny Arbeloi będzie stanowiło powtórkę z rozrywki w porównaniu z króciutką kadencją Xabiego. Na zasadzie próby wdrożenia własnych pomysłów, szybkiej weryfikacji i zaakceptowania, że to piłkarze dzierżą władzę. Hiszpańskie media oczywiście przekonują, że były prawy obrońca ma raczej nawiązywać do sposobu pracy Ancelottiego, a nie Alonso. Carletto dał się poznać jako trener, który miał bardzo dobry kontakt z szatnią, piłkarze stali za nim murem, a w żartach o sile przyjaźni ponad taktyką kryło się ziarnko prawdy. Czy 42-latek faktycznie zjedna sobie szatnię? Czas pokaże.
Na pewno nie można już definitywnie przekreślać szans Realu na odniesienie sukcesu w tym sezonie. Pewnie, że teraz łatwo krytykować “Los Blancos” i wieszczyć ich koniec przy jednoczesnej koronacji Barcelony w lidze i Copa del Rey. Jednak futbol często wymyka się prawom logiki. W poprzednich sezonach bywały już sytuacje, kiedy “Królewscy” zmagali się z kryzysem, cieniowali, musieli przedwcześnie kończyć projekty, które miały być wieloletnie. I często po burzy wychodziło słońce, a pozornie nieudane rozgrywki nagle przemieniały się w kampanie zakończone triumfem w Lidze Mistrzów. Taki już bywa zespół z Bernabeu.
- Mam jedną wiadomość do tych, którzy w nas wątpią. Real Madryt wróci. Możesz wydrukować to sobie, powiesić na ścianie i codziennie się do tego modlić. Real wróci - powiedział kilka lat temu Marcelo.
Ten cytat stał się jednym z symboli madridismo. I warto odwoływać się do niego właśnie w takich momentach. Kiedy jest źle, słowo kryzys odmienia się przez wszystkie przypadki, a przyszłość stanowi jeden wielki znak zapytania. Wtedy Real zwykł udowadniać, że co go nie zabije, to wzmocni. Alvaro Arbeloa został rzucony na bardzo głęboką wodę, jednak nikt nie może wykluczyć, że 42-latek utrzyma się na powierzchni.