Wielki klub na drodze do... III ligi. A kiedyś grał z Barceloną o królowanie w Europie

Wielki klub na drodze do... III ligi. A kiedyś grał z Barceloną o królowanie w Europie
IPA / pressfocus
Adam - Kowalczyk
Adam KowalczykDzisiaj · 08:00
W latach absolutnej świetności włoskiej Serie A byli mistrzami kraju i siali postrach na europejskich boiskach. Dziś trudno uwierzyć, z jakim impetem upadli. Cudem jest, że jeszcze nie snują się po trzeciej lidze, biorąc pod uwagę, jak długo męczy ich walka o utrzymanie na zapleczu elity. Z dawnej, potężnej Sampdorii pozostała już tylko nazwa. A końca kryzysu nie widać.
Jednym ludziom Sampdoria kojarzy się z Antonio Cassano i Fabio Quagliarellą. Innym - z magicznymi latami 90-tymi, podczas których dominowała ona europejski futbol. Znajdą się też tacy, u których błysk nostalgii generują czasy Marco Giampaolo, któremu przyszło prowadzić chociażby pamiętny tercet reprezentantów Polski. Jakkolwiek dobre nie byłyby jednak czasy dawnej Sampdorii, dziś klub ten przechodzi przez prawdopodobnie najmarniejszy okres w dziejach.
Dalsza część tekstu pod wideo

Kiedyś byli potęgą

W całej piłkarskiej historii włoską Serie A zdołało jak to tej pory wygrać 16 zespołów. W tym elitarnym gronie jest także Sampdoria, która sięgnęła po tytuł raz, w pamiętnym 1991 roku. Wcześniej odnosiła sukcesy na arenie europejskiej - w latach 1989 i 1990 wystąpiła w dwóch z rzędu finałach Pucharu Zdobywców Pucharów. I choć za pierwszym podejściem przegrała 0:2 z Barceloną, to rok później przywiozła trofeum do domu, pokonując Anderlecht. To były czasy, gdy barw drużyny jako piłkarze bronili Srecko Katanec czy Roberto Mancini. Rok po mistrzostwie kraju “Bluchertiati” nie próżnowali, bowiem udało im się dotrzeć do finału Pucharu Europy. Na ich nieszczęście dotarła tam również Barca, która znów wyszła zwycięsko z bezpośredniego starcia o trofeum.
W tamtym okresie zespół z Genui był traktowany jak postrach europejskiego futbolu, który mógł pokonać każdego. Maszynę Vujadina Boskova zatrzymać potrafili nieliczni, a przypomnijmy, że Sampdoria przeżywała swoje złote czasy w momencie, gdy Serie A uchodziła za najsilniejszą ligę świata. Jakby tego było mało, w międzyczasie klubowi udało się zgarnąć aż trzy puchary Włoch, co było tylko potwierdzeniem dominacji na krajowych podwórkach. To tylko pokazuje, jak kolosalnym sukcesem dla Legii Warszawa był wygrany z Sampdorią dwumecz ćwierćfinałowy w Pucharze Zdobywców Pucharów 1991 - “Wojskowi” triumfowali u siebie 1:0, a w rewanżu przypieczętowali awans do ostatniej czwórki, remisując 2:2 po dublecie Wojciecha Kowalczyka.
Za kolosalną część sukcesów Sampdorii z tamtych lat odpowiadał ówczesny prezes, Paolo Mantovani, który przez półtorej dekady sprawował pieczę nad klubem. Jego nagła śmierć w 1993 roku spowodowana rakiem płuc zamknęła pewien rozdział. Następcą został jego syn Enrico, który niestety nie podołał wyzwaniu i nie potrafił kontynuować dziedzictwa ojca. Wręcz przeciwnie - “Bluchertiati” zaczęli mieć z czasem problemy, a na przełomie wieków pierwszy raz od 22 lat spadli do Serie B. Oczywiście, w międzyczasie zdarzały się też sukcesy (jak chociażby półfinał Pucharu Zdobywców Pucharów 1994/95), ale początek XXI wieku naznaczył trudne czasy dla klubu.

Ostatnie lata świetności

Dopiero po czterech trudnych sezonach na zapleczu Sampdorii udało się wrócić na boiska Serie A. Dawnej potęgi co prawda nie odbudowała, ale znów wyrobiła sobie bardzo solidny status w krajowym futbolu. Tuż przed przełomową kampanią 2002/03 klub został wykupiony przez Riccardo Garrone, biznesmena z branży energetycznej, który uratował klub przed bankructwem. Jego absolutnie kluczowym ruchem było zatrudnienie w roli dyrektora sportowego Giuseppe Marotty - prawdziwego fachowca, który dziś w CV ma osiem lat pracy w Juventusie oraz kolejne osiem w Interze Mediolan. Zanim jednak uczynił z tych dwóch drużyn potęgi, spędził pół dekady właśnie w Sampdorii.
Efekt? Świeżo dwa lata po awansie do Serie A “Bluchertiati” zajęli w lidze piąte miejsce. Rezultat był to świetny, choć mówimy tu o czasach Calciopoli, gdzie mnóstwo włoskich klubów było uwikłanych w korupcję. Przebić udało się to dopiero pięć lat później, kiedy Sampdoria została czwartym zespołem ligi, zapewniając sobie kwalifikacje do Ligi Mistrzów. Niewiele wcześniej Marotta zdołał sprowadzić do zespołu kilka ciekawych twarzy, ze słynnym Antonio Cassano na czele. Niespełniony gwiazdor włoskiego futbolu znalazł w Genui swoje miejsce, gdy w 2007 wracał do Italii z Realu Madryt. Po rocznym wypożyczeniu klub go wykupił, a kibice pokochali, gdy stworzył świetny ofensywny duet z Giampaolo Pazzinim. Razem w ligowym sezonie 2009/10 strzelili łącznie 28 goli.
Współczesna Sampdoria z drugiej dekady XXI wieku dała się z kolei zapamiętać jako kuźnia zdolnych, ale nie do końca oczywistych piłkarzy. To tu szlify zbierali Milan Skriniar, Duvan Zapata, Lucas Torreira, Patrik Schick czy nawet Mauro Icardi. Na brawa zasługuje przede wszystkim szef skautingu Riccardo Pecini, który przy wsparciu dyrektorskiego oka Carlo Ostiego wyławiał dla klubu talenty z najróżniejszych zakątków świata. Gracze ci nie trafiali później zresztą pod byle jakie skrzydła, bowiem to, co najlepsze, wydobywali z nich szkoleniowcy pokroju Sinisy Mihajlovicia i Marco Giampaolo. Na tę erę Sampdorii załapał się też polski tercet - Bartosz Bereszyński, Karol Linetty i Dawid Kownacki. Dalsze losy naszych reprezentantów potoczyły się dość różnie, natomiast w latach 2017-2019 wszyscy bronili barw naprawdę solidnego zespołu, który potrafił w Serie A namieszać.

Władza w bardzo złych rękach

Jak się później okazało, były to jedne z ostatnich chwil przed ogromnym kryzysem. Nieudane reinwestycje Massimo Ferrero, producenta filmowego, który w sposób kontrowersyjny zarządzał Sampdorią od 2014 roku, bardzo negatywnie odbiły się na budżecie klubu, zwłaszcza po pandemii COVID-19. Od początku swojej kadencji Włoch był postacią wyjątkowo ekscentryczną i szemraną, z tą różnicą, że początkowo uwagę kibiców od jego osoby odwracały dobre wyniki zespołu.
Z czasem zaczęto coraz bardziej obdzierać wilka z jego owczej skóry, która trzymała się głównie na sukcesach Giampaolo i kapitalnych trafach działu skautingu. Ferrero jeszcze w 2016 roku usłyszał wyrok za pranie pieniędzy, jakiego dopuszczał się wielokrotnie w trakcie postępowania upadłościowego linii lotniczych Livingston. Skazano go na rok i 10 miesięcy pozbawienia wolności, lecz ostatecznie skończyło się na zawieszeniu i pracach społecznych. Kolejna głośna sprawa miała miejsce w roku 2018 - wtedy majątek filmowca został zajęty przez policję skarbową w obliczu kontrowersji, jakie pojawiły się przy transferze Pedro Obianga. W teorii Sampdoria sprzedała pomocnika do West Hamu za sześć i pół miliona euro, zaś w praktyce ponad milion z tej kwoty został przekazany firmie-słup, by później pokryć koszty prywatnych długów Ferrero.
Czy to koniec? Absolutnie nie. W 2021, kiedy już problemy klubu zaczęły być widoczne wyraźniej, Ferrero trafił do aresztu, co było kwintesencją wszystkich poprzednich skandali. Funkcjonariusze przetransportowali go do więzienia w Mediolanie - za kratkami spędził łącznie 17 dni, podczas gdy pięć innych bliskich mu osób trafiło do aresztu domowego. Ta sprawa była najgłośniejsza, lecz znów rozchodziło się o kwestie bankructwa likwidacyjnego. Aż cztery powiązane z Ferrero spółki ogłosiły upadłość niemal w tym samym momencie (sierpień i wrzesień 2017 roku), co zaalarmowało służby do przeprowadzenia długiego śledztwa. Producent filmowy po zatrzymaniu natychmiast zrezygnował z funkcji prezesa Sampdorii, natomiast dla klubu był to początek najciemniejszego okresu w historii. Z ligowego “średniaka z górnej półki” stał się drużyną rozpaczliwie walczącą o utrzymanie w obliczu dających się we znaki coraz bardziej zadłużeń.
Sezon 2021/22 “Blucerchiati” skończyli na 15. miejscu w tabeli Serie A. W kolejnej kampanii było jeszcze gorzej - od ostatniego kwartału 2022 roku klub zalegał z pensjami dla zawodników, przez kilka miesięcy będąc im winnym około 11 milionów euro. Sportowo nie układało się jeszcze bardziej, bowiem zespół z Genui zakończył rywalizację ligową na najniższej, 20. pozycji. Zdobył marne 19 punktów, czyli aż 12 mniej niż Hellas, który jako ostatni zdołał się utrzymać. Niebezpieczna pętla zadłużenia po rządach byłego już prezesa oraz spadek do Serie B nasiliły jeszcze większe zagrożenie - bankructwo.

Bolesny upadek

Gdyby Sampdoria wywiesiła białą flagę, prawdopodobnie podzieliłaby los Palermo, Parmy czy Bari - obecna spółka zostałaby poddana likwidacji, a do życia byłby powołany nowy podmiot, startujący od Serie D. Na mocy nowych praw włoskiej federacji udało się jednak dopiąć restrukturyzację potężnego zadłużenia oraz znaleźć inwestorów chcących pokryć część zaległości. Drużyna z Genui podeszła do rywalizacji na drugim poziomie rozgrywkowym - mało tego, zakwalifikowała się nawet do baraży o Serie A, jednak tam odpadła już na etapie pierwszej rundy z Palermo. Niestety, był to jedynie ostatni zryw przed sportową katastrofą.
Zarówno sezon 2024/25, jak i następujący po nim 2025/26, były dla Sampdorii dramatyczną walką o uniknięcie spadku do Serie C. Na przestrzeni tego pierwszego klub był prowadzony aż przez czterech trenerów - począwszy od legendarnego Andrei Pirlo, który został zwolniony zaledwie po trzech kolejkach. Żaden z następców byłego pomocnika nie poprawił jednak sytuacji - Sampdoria na koniec sezonu zajęła w tabeli 18. miejsce, które oznaczało bezpośredni spadek. Utrzymała się jednak “przy zielonym stoliku”. I to w niebywałych okolicznościach.
Wszystko zaczęło się od kary, jaką już po zakończeniu rozgrywek otrzymała Brescia Calcio - komisja ligi wlepiła “La Leonessie” cztery ujemne punkty za nieprawidłowości finansowe. Zmiana ta spowodowała, że Brescia… zamieniła się w tabeli miejscami z Sampdorią. Zespół z Genui otrzymał więc ostatnią deskę ratunku, jaką był barażowy dwumecz o utrzymanie z Salernitaną. W Salerno nie byli jednak z tego faktu zadowoleni, głównie ze względu na fakt, iż baraż z tego tytułu przełożono na czerwiec. Kolejna kontrowersja wybuchła już podczas jednego ze spotkań. Pierwszy mecz Sampdoria wygrała 2:0 w normalnych okolicznościach. Atmosfera zrobiła się napięta przed rewanżem, zaraz po tym, jak 21 osób z obozu Salernitany trafiło do szpitala z objawami zatrucia pokarmowego. Spotkanie przełożono o dwa dni, natomiast na tym się nie skończyło. Gdy Gian Marco Ferrari w 34. minucie dał Salernitanie prowadzenie, sędzia gola nie uznał. Spalony. Kilka minut później do siatki trafiła Sampdoria - zdaniem arbitra zgodnie z przepisami, więc na tablicy widniał wynik 1:0. W dwumeczu - 3:0.
Fanatycy ekipy z Salerno powoli tracili cierpliwość. Nad ich drużyną zawisło poważne ryzyko drugiego spadku z rzędu. W 49. minucie, za sprawą trafienia Giuseppe Sibilliego, było już 2:0. To przelało czarę goryczy - gracze Sampdorii zaczęli być rozpraszani laserami, później zaś na trybunach rozpoczęły się zamieszki. Sędzia około 65. minuty zwołał więc obie ekipy do szatni, a zespół z Genui ostatecznie wygrał walkowerem, rzutem na taśmę utrzymując się w Serie B.

W nowej, smutnej rzeczywistości

W teorii sympatycy Sampdorii powinni być zadowoleni z faktu, że ich zespół mimo tak szalonego sezonu pozostał na zapleczu elity. Cytując jednak klasyka - nothing ever happens. Od tego wydarzenia minęły dwa lata, a wściekli kibice po raz kolejny wysypali pracownikowi klubu pod posesję obornik. Z wymownym dopiskiem: “Fredberg - smacznego, gnojku”.
Jesper Fredberg, bo o nim mowa, od lipca 2025 roku jest kierownikiem sportowym Sampdorii. I nieszczególnie dobrze sobie w tej roli radzi, skoro po pierwszych 10 kolejkach sezonu 2026/27 Sampdoria jest przedostatnia w tabeli. W poprzedniej kampanii znów zaś utrzymała się rzutem na taśmę, z trzema punktami przewagi nad strefą spadkową. Widmo kolejnej relegacji więc nie odeszło i prześladuje klub od dobrych kilku lat.
Sama forma takiego protestu nie jest wśród fanatyków “Blucerchiatich” niczym nowym. Obornik przed trzema laty pod bramą wjazdową swojego domu ujrzał również wspomniany Massimo Ferrero. Jemu zresztą fundowano najwięcej wrażeń, delikatnie mówiąc niezbyt przyjemnych - pracownicy klubu do dziś pewnie pamiętają, jak odbierali adresowaną do niego przesyłkę, w której znajdował się odcięty świński łeb. Miesiąc wcześniej, w białej anonimowej kopercie, do klubowej siedziby dotarł ślepy nabój. Obu przesyłkom towarzyszyły pisemne groźby śmierci.
Nie układało się w La Sampie od lat, nie układa się również dzisiaj - klub jest pogrążony w chaosie, a na 27 zawodników tworzących jego kadrę aż 15 zostało sprowadzonych przed sezonem. Mocnym punktem na pewno jest Lorenzo Insigne, któremu w pięciu występach udało się zdobyć trzy bramki, jednak to za mało, by drużyna zaczęła regularnie wygrywać mecze. Na domiar złego zarząd wciąż zmienia trenerów jak rękawiczki - Bernardo Corradi, z którym drużyna zaczęła sezon, już po siódmej kolejce został zwolniony. Jak tak dalej pójdzie, to “Blucerchiatich” w Serie A możemy jeszcze bardzo długo nie ujrzeć. Wręcz przeciwnie, może się okazać, że ich nową rzeczywistością będzie wieloletnie błąkanie się po niższych szczeblach.

Dyskusja

Przeczytaj również