Wielki klub wraca na salony. Marzyli o tym 20 lat. Nadszedł kres memów

Wielki klub wraca na salony. Marzyli o tym 20 lat. Nadszedł kres memów
IMAGO / pressfocus
Jan - Piekutowski
Jan PiekutowskiDzisiaj · 07:18
Arsenal przez wiele lat funkcjonował jako żart, ale takie podejście definitywnie odeszło na lamusa. Mikel Arteta odbudował drużynę liczącą się na wszystkich frontach. Dał Arsenalowi coś, czego klub nie miał w ostatnich 20 latach. Warto to docenić jeszcze przed poznaniem finału historii.
Przez ostatnie 20 lat w finałach Ligi Mistrzów przewinęło się całkiem pokaźne grono klubów. W gronie szczęśliwców znalazło się 14 drużyn, a prym wiedzie Real Madryt z sześcioma na koncie. Po cztery uzbierały też Liverpool z Bayernem, natomiast Barcelona, Inter, Chelsea i Manchester United dotarły tam trzykrotnie. Wśród pojedynczych występów należy pamiętać o Tottenhamie i Milanie. Teraz, po dwóch dekadach oczekiwania, na listę wraca Arsenal.
Dalsza część tekstu pod wideo
Minęło 20 długich lat od pamiętnego meczu z Barceloną, które de facto zostało przegrane już na starcie - Jens Lehmann wyleciał z boiska z czerwoną kartką, a grając w "dziesiątkę" trudno było obronić się przed "Blaugraną" napędzaną atakami Ronaldinho i Eto'o. Przez te wszystkie lata Arsenal wielokrotnie pukał do bram najważniejszego spotkania w klubowej piłce, ale zawsze czegoś brakowało. Czasami szczęścia, czasami umiejętności, czasami obu tych czynników.
Teraz jednak jest inaczej. W końcu Arsenal, chociaż dla wielu może być to przesadne stwierdzenie, w pełni odzyskał swoją godność. Na ostatnim etapie sezonu jest w walce o podwójną koronę, a przynajmniej w jednym wyścigu startuje z pozycji faworyta. Trudno przecenić pracę Mikela Artety.
Sam mam do Hiszpana wiele uwag, nie hołubię zaproponowanemu stylowi gry, a wiele zachowań podczas meczów irytuje, nawet biorąc poprawkę na sympatie kibicowskie, których nie zamierzam kryć. Jednocześnie brakuje argumentów, aby walczyć z tezą, że to właśnie Arteta odbudował Arsenal. Ostatnie dwa sezony Arsene'a Wengera były trudnym doświadczeniem, natomiast Unai Emery tylko pchnął drużynę bardziej w objęcia Ligi Europy i nawet tam nie udało się wygrać, chociaż Emery słusznie cieszy się opinią specjalisty od drugorzędnych zmagań UEFA. Artecie zaufano, dano mnóstwo czasu i pozwolono budować.
Były zawodnik "Kanonierów" otrzymał niejako królewskie traktowanie. Chociaż na starcie wielokrotnie powinęła mu się noga - w sezonie 2021/22 drużyna nie występowała w żadnych międzynarodowych rozgrywkach, natomiast w kolejnym jedynie w Lidze Europy - to włodarze konsekwentnie wytrzymywali masowe wnioski o zmianę na ławce. Arteta dopracowywał styl, podkręcał taktykę określaną już powszechnie jako haramball. Stał się jedną z jej twarzy obok Jose Bordalasa, Diega Simeone czy Jose Mourinho. Serio, sprawdźcie Wikipedię.
Jednocześnie Hiszpan niezmiennie dostarczał argumentów - czy to pod względem rozwoju piłkarzy (transformacja Bukayo Saki pozostaje koronnym przykładem), czy pod względem wyników. Dla wielu Hiszpan poniósł porażkę, bo nie zdobył niczego poważniejszego ponad Puchar Anglii i przyznaję, że to wdzięczny temat do żartów. Ale jego Arsenal trzy razy z rzędu kończył sezon na drugim miejscu w Premier League. To konsekwencja jakiej pozazdrościć może każdy angielski klub ostatnich lat poza Manchesterem City Pepa Guardioli i Liverpoolem Juergena Kloppa. "Kanonierom" nie wiodło się tak dobrze od przełomu XX i XXI wieku, kiedy przez osiem sezonów nie wypadli poza najlepszą dwójkę. Później, również za sprawą raczkujących memów, zaczęto prześmiewczo mówić o 4senalu, następnie zaś, jako się rzekło, było jeszcze gorzej.
Od kilku lat "Kanonierzy" nie są jednak żartem, a półfinał z Atletico stanowi tego najlepszy dowód, swoiste podsumowanie, bo wreszcie na Arsenal trzeba się oglądać ze strachem. To nie były piękne mecze, a w dodatku ciąży nad nimi kilka kontrowersyjnych decyzji sędziowskich - nade wszystko brak rzutu karnego po faulu na Antoine Griezmannie - lecz Londyńczycy dowieźli. Nie popełnili błędów, które zatopiły ich w poprzedniej edycji podczas rywalizacji z PSG. Konsekwencję trzymali zresztą przez całą edycję, są jedyną ekipą w stawce bez porażki na koncie. Przez fazę grupową przeszli jak burza, później zaś wyeliminowali Bayer, Sporting i Atletico. Dla jednych "tylko", dla innych zaś mowa o drużynie, która skompromitowała włoski futbol, a także o pogromcach Barcelony. Nie patrzmy na rywali Arsenalu jedynie przez pryzmat nazw, ale też ich wcześniejszych dokonań.
Drużyna Artety może nie rozkocha w sobie nowego pokolenia kibiców, bo mimo sporej liczby bramek na koncie jej spotkania często niewiele wspólnego mają z ekstatycznym doświadczeniem, stoją w swoistej kontrze do poczynań PSG czy Bayernu. Ale może w tej grze nie chodzi o nowy rząd dusz. Może chodzi o to, aby wszystkim kibicom "Kanonierów", wszystkim tym chłopcom rysującym w dzieciństwie podobizny Thierry'ego Henry'ego i patrzącym na nie z rozrzewnieniem po latach, wszystkich z zachwytem wspominającym Patricka Vieirę, Roberta Piresa, Freddiego Ljungberga, Dennisa Bergkampa, Nwankwo Kanu, Gilberta Silvę, a nawet Abou Diaby'ego i Jose Antonio Reyesa, dać zespół wielki w sensie dosłownym. Zrobić im prezent najlepszy ze wszystkich, bo uwierzcie, że żadna inna grupa nie będzie cieszyła się tak bardzo ze zwycięstwa 1:0 po golu Gabriela w ostatniej akcji oglądalnego finału Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium.

Przeczytaj również