Wielki klub wraca na salony. Marzyli o tym 20 lat. Nadszedł kres memów
Arsenal przez wiele lat funkcjonował jako żart, ale takie podejście definitywnie odeszło na lamusa. Mikel Arteta odbudował drużynę liczącą się na wszystkich frontach. Dał Arsenalowi coś, czego klub nie miał w ostatnich 20 latach. Warto to docenić jeszcze przed poznaniem finału historii.
Przez ostatnie 20 lat w finałach Ligi Mistrzów przewinęło się całkiem pokaźne grono klubów. W gronie szczęśliwców znalazło się 14 drużyn, a prym wiedzie Real Madryt z sześcioma na koncie. Po cztery uzbierały też Liverpool z Bayernem, natomiast Barcelona, Inter, Chelsea i Manchester United dotarły tam trzykrotnie. Wśród pojedynczych występów należy pamiętać o Tottenhamie i Milanie. Teraz, po dwóch dekadach oczekiwania, na listę wraca Arsenal.
Minęło 20 długich lat od pamiętnego meczu z Barceloną, które de facto zostało przegrane już na starcie - Jens Lehmann wyleciał z boiska z czerwoną kartką, a grając w "dziesiątkę" trudno było obronić się przed "Blaugraną" napędzaną atakami Ronaldinho i Eto'o. Przez te wszystkie lata Arsenal wielokrotnie pukał do bram najważniejszego spotkania w klubowej piłce, ale zawsze czegoś brakowało. Czasami szczęścia, czasami umiejętności, czasami obu tych czynników.
Teraz jednak jest inaczej. W końcu Arsenal, chociaż dla wielu może być to przesadne stwierdzenie, w pełni odzyskał swoją godność. Na ostatnim etapie sezonu jest w walce o podwójną koronę, a przynajmniej w jednym wyścigu startuje z pozycji faworyta. Trudno przecenić pracę Mikela Artety.
Sam mam do Hiszpana wiele uwag, nie hołubię zaproponowanemu stylowi gry, a wiele zachowań podczas meczów irytuje, nawet biorąc poprawkę na sympatie kibicowskie, których nie zamierzam kryć. Jednocześnie brakuje argumentów, aby walczyć z tezą, że to właśnie Arteta odbudował Arsenal. Ostatnie dwa sezony Arsene'a Wengera były trudnym doświadczeniem, natomiast Unai Emery tylko pchnął drużynę bardziej w objęcia Ligi Europy i nawet tam nie udało się wygrać, chociaż Emery słusznie cieszy się opinią specjalisty od drugorzędnych zmagań UEFA. Artecie zaufano, dano mnóstwo czasu i pozwolono budować.
Były zawodnik "Kanonierów" otrzymał niejako królewskie traktowanie. Chociaż na starcie wielokrotnie powinęła mu się noga - w sezonie 2021/22 drużyna nie występowała w żadnych międzynarodowych rozgrywkach, natomiast w kolejnym jedynie w Lidze Europy - to włodarze konsekwentnie wytrzymywali masowe wnioski o zmianę na ławce. Arteta dopracowywał styl, podkręcał taktykę określaną już powszechnie jako haramball. Stał się jedną z jej twarzy obok Jose Bordalasa, Diega Simeone czy Jose Mourinho. Serio, sprawdźcie Wikipedię.
Jednocześnie Hiszpan niezmiennie dostarczał argumentów - czy to pod względem rozwoju piłkarzy (transformacja Bukayo Saki pozostaje koronnym przykładem), czy pod względem wyników. Dla wielu Hiszpan poniósł porażkę, bo nie zdobył niczego poważniejszego ponad Puchar Anglii i przyznaję, że to wdzięczny temat do żartów. Ale jego Arsenal trzy razy z rzędu kończył sezon na drugim miejscu w Premier League. To konsekwencja jakiej pozazdrościć może każdy angielski klub ostatnich lat poza Manchesterem City Pepa Guardioli i Liverpoolem Juergena Kloppa. "Kanonierom" nie wiodło się tak dobrze od przełomu XX i XXI wieku, kiedy przez osiem sezonów nie wypadli poza najlepszą dwójkę. Później, również za sprawą raczkujących memów, zaczęto prześmiewczo mówić o 4senalu, następnie zaś, jako się rzekło, było jeszcze gorzej.
Od kilku lat "Kanonierzy" nie są jednak żartem, a półfinał z Atletico stanowi tego najlepszy dowód, swoiste podsumowanie, bo wreszcie na Arsenal trzeba się oglądać ze strachem. To nie były piękne mecze, a w dodatku ciąży nad nimi kilka kontrowersyjnych decyzji sędziowskich - nade wszystko brak rzutu karnego po faulu na Antoine Griezmannie - lecz Londyńczycy dowieźli. Nie popełnili błędów, które zatopiły ich w poprzedniej edycji podczas rywalizacji z PSG. Konsekwencję trzymali zresztą przez całą edycję, są jedyną ekipą w stawce bez porażki na koncie. Przez fazę grupową przeszli jak burza, później zaś wyeliminowali Bayer, Sporting i Atletico. Dla jednych "tylko", dla innych zaś mowa o drużynie, która skompromitowała włoski futbol, a także o pogromcach Barcelony. Nie patrzmy na rywali Arsenalu jedynie przez pryzmat nazw, ale też ich wcześniejszych dokonań.
Drużyna Artety może nie rozkocha w sobie nowego pokolenia kibiców, bo mimo sporej liczby bramek na koncie jej spotkania często niewiele wspólnego mają z ekstatycznym doświadczeniem, stoją w swoistej kontrze do poczynań PSG czy Bayernu. Ale może w tej grze nie chodzi o nowy rząd dusz. Może chodzi o to, aby wszystkim kibicom "Kanonierów", wszystkim tym chłopcom rysującym w dzieciństwie podobizny Thierry'ego Henry'ego i patrzącym na nie z rozrzewnieniem po latach, wszystkich z zachwytem wspominającym Patricka Vieirę, Roberta Piresa, Freddiego Ljungberga, Dennisa Bergkampa, Nwankwo Kanu, Gilberta Silvę, a nawet Abou Diaby'ego i Jose Antonio Reyesa, dać zespół wielki w sensie dosłownym. Zrobić im prezent najlepszy ze wszystkich, bo uwierzcie, że żadna inna grupa nie będzie cieszyła się tak bardzo ze zwycięstwa 1:0 po golu Gabriela w ostatniej akcji oglądalnego finału Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium.