Wielki klub wróci do elity? Idzie po awans jak walec! Kiedyś płacił fortunę za Polaka

Wielki klub wróci do elity? Idzie po awans jak walec! Kiedyś płacił fortunę za Polaka
IMAGO / pressfocus
Adam - Kowalczyk
Adam KowalczykDzisiaj · 09:00
Od trzech lat w niemieckiej Bundeslidze brakuje uznanego klubu, który nieudolnie próbuje walczyć o powrót do elity. Hertha Berlin jest jednak na dobrej drodze do tego, by znów zasilić grono najlepszych po latach pełnych turbulencji.
Berlin nie należy do miast piłkarsko wybitnych, co wyraźnie odróżnia go od innych europejskich stolic oraz większych ośrodków miejskich. To o tyle paradoksalne, że kultowy Olympiastadion z 74 tysiącami miejsc jest trzecim największym obiektem piłkarskim w całych Niemczech. U wielu z nas w pamięci pozostaje też przecież EURO 2024 - turniej, którego wielki finał rozstrzygnął się właśnie tutaj. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że tak duża miejscowość nie ma prawa cierpieć na brak sukcesów w klubowym futbolu, lecz fakty są zupełnie inne i mogą zaskoczyć.
Dalsza część tekstu pod wideo

Za murem

Przez zdecydowaną większość historii to Hertha była znakiem rozpoznawczym Berlina na piłkarskiej mapie Niemiec. Dość powiedzieć, że mówimy de facto o najstarszym z klubów-założycieli Bundesligi - powstała bowiem w 1892 roku, początkowo jako BFC Hertha 92. W teorii za najstarszego z uczestników pierwszej edycji ligi można też uznać TSV 1860 Monachium, natomiast sekcja piłkarska “Die Loewen” powstała dopiero 39 lat po zrodzeniu się całej organizacji sportowej. Historię piłkarskiego TSV należy więc liczyć nie od 1860, a 1899 roku.
Okres przedwojenny był wyjątkowy w dziejach Herthy. Klub zgarnął pierwsze - i jak do tej pory jedyne - dwa tytuły mistrza Niemiec w sezonach 1929/30 i 1930/31. Później nastąpiła jednak bardzo długa posucha, którą tylko pogłębiły skutki drugiej wojny światowej. Gdy Berlin znalazł się pod okupacją, sytuacja klubu zaczęła poniekąd odzwierciedlać dzieje samego miasta. Do tego stopnia, że musiał się on reaktywować pod tymczasowo inną nazwą. SC Gesundbrunnen, bo o tej drużynie mowa, funkcjonowało w latach 1945-1949 ze względu na upadłość dawnego podmiotu z rąk aliantów, później zaś przyjęło nazwę Hertha BSC. Ta obowiązuje już do dziś, choć z klubem godnym miana nawet krajowego hegemona nie była kojarzona praktycznie nigdy.
Najwięcej kłopotów płatały trwające w tle zmiany geopolityczne - nie minęły trzy lata od powstania Bundesligi, a klub doświadczył swojej pierwszej w historii współczesnych rozgrywek relegacji. Co więcej, nie był to zwykły spadek, a karna degradacja, spowodowana skandalem z nielegalnymi pensjami. O co poszło? Otóż Hertha, która mocno ucierpiała na podziale Niemiec i Berlina, znalazła się w bardzo nieciekawym położeniu: jako zespół z zachodniej części stolicy była geograficznie oddzielona od reszty RFN, a co za tym idzie, lokalizacja siedziby klubu nie zachęcała graczy do transferu i przeprowadzki. Potencjalne napięcia polityczne oraz dosłowna izolacja od reszty kraju wręcz odstraszały, więc jedynym sposobem na przyciągnięcie do klubu nowych twarzy stały się… ogromne pensje. Aby ominąć podatki, Hertha oferowała zawodnikom nielegalne, a zarazem lukratywne kontrakty, by ominąć limity. To skończyło się oczywiście interwencją DFB.
Między innymi takie właśnie zabiegi doprowadzały później do problemów finansowych, z jakimi wielokrotnie przyszło się klubowi mierzyć. Kluczowy w tym kontekście był chociażby rok 1979 - wtedy nad Herthą poważnie zawisło widmo bankructwa. Zadłużenie było jak na tamte czasy kolosalne (10 milionów marek niemieckich), więc zrobiło się nieciekawie, zwłaszcza w obliczu sportowego spadku z Bundesligi, który także w tamtym momencie nastąpił. Załatać zaległości udało się dopiero po sprzedaży klubowych nieruchomości i pozyskaniu nowych sponsorów.

Wielka wizja, jeszcze większy upadek

W pierwszoligowym futbolu Herthy brakowało nieprzerwanie aż przez 18 lat. Do dziś ten okres uznawany jest za najgorszy w dziejach klubu (z naciskiem na spędzone na trzecim szczeblu lata 1986-1988 oraz ponownie piętrzące się długi). W późniejszych latach sytuacja uległa stabilizacji, a w XXI wieku zaczęły się pojawiać drobne sukcesy. Przez ostatnie ćwierć wieku Hertha Berlin wygrała dwa puchary ligi niemieckiej (2002, 2003), sześć razy uczestniczyła w Pucharze UEFA oraz trzykrotnie w Lidze Europy. Osiągnięć na miarę dwóch pierwszych mistrzostw Niemiec jednak brakowało. Najbliżej ponownego zdobycia tarczy było w sezonie 2008/09, kiedy to drużyna Luciena Favre’a wywalczyła czwarte miejsce w tabeli. Do ówcześnie triumfującego Wolfsburga zabrakło wtedy zaledwie sześciu punktów. Tak czy inaczej, całościowo mówimy o zespole, który do grona piłkarskich wizytówek kraju nie należał, a lokalnym kibicom częściej fundował rozczarowania niż powody do radości. Wyjątkowo mocno jest to widoczne w ostatnich latach, bowiem łatkę “dumy Berlina” po spektakularnej reaktywacji przejął Union - klub robotniczy ze wschodniej części miasta, który mimo znacznie mniejszych możliwości finansowych zdołał w 2023 roku awansować do Ligi Mistrzów. Dla porównania, Hertha w XXI wieku w tych rozgrywkach nie wystąpiła ani razu.
Rywale Unionu zza miedzy dosłownie w tym samym momencie spadli do 2. Bundesligi, z której nie mogą wydostać się do dziś. Nie dość, że spędzili już trzy lata na zapleczu, to w żadnym z sezonów nie zbliżyli się nawet do ponownego awansu. 2023/24 - dziewiąte miejsce. 2024/25 - jeszcze gorzej, jedenaste. 2025/26 - siódme, z 11 punktami straty do baraży. Ta historia miała się jednak potoczyć zupełnie inaczej.
Wszystko zaczęło się w momencie, gdy głównym inwestorem klubu został miliarder Lars Windhorst. Była to postać, której wizja na zmianę tożsamości klubu brzmiała z pozoru wyjątkowo przekonująco - on też miał już bowiem dosyć Herthy przeciętnej, która nie reprezentowała Berlina w sposób godny. Chciał zrobić z niej “Big City Club”, czyli prawdziwą wielkomiejską potęgę, która wreszcie spełni oczekiwania stołecznego dominatora. Wpompował w klub mnóstwo pieniędzy, a już w trakcie pierwszego roku jego działalności lekką ręką wydał 110 milionów euro na transfery. Sprowadzał przy tym graczy bardzo młodych, często poniżej 23. roku życia. Do Berlina zawitali Lucas Tousart, Dodi Lukebakio, Matheus Cunha, Santiago Ascacibar, czy - później - Matteo Guendouzi. Jednym z niewielu, którzy wybili się poza ten schemat był Krzysztof Piątek, czyli drugi najdroższy nabytek Herthy z tamtego okresu (24 miliony euro). Polak był tuż po słabszej rundzie w Milanie, a jak jego dalsze losy się potoczyły, pamiętamy doskonale. Tak czy inaczej, nie zaszkodzi przypomnieć - przez trzy lata w Herthcie 58 meczów i 13 goli. Kiepsko jak na transfer takiego kalibru.
Zawodzili też oczywiście inni. Tousart zaliczał stopniowy zjazd, Lukebakio był nieregularny, Cordobę męczyły kontuzje. Prawdziwe domino rozpoczęła jednak nieudana kadencja Juergena Klinsmanna, bo to jemu jako pierwszemu powierzono rolę trenera w nowym projekcie. Były selekcjoner kadry Niemiec wytrzymał na stanowisku zaledwie 76 dni, po czym złożył rezygnację. W międzyczasie zdążył jeszcze pójść na wojnę z zarządem, a samo odejście ogłosił nagle za pośrednictwem… Facebooka.
Dlaczego domino? Bo z biegiem czasu Hertha zaczęła przypominać coraz większy organizacyjny chaos. W ciągu kolejnych dwóch lat klub prowadziło aż pięciu różnych trenerów. Najdłużej, bo niecały rok, wytrzymał legendarny Pal Dardai. W sezonie 2021/22 zaś klub rozpaczliwie ratował się przed spadkiem pod wodzą… Felixa Magatha. Znany z katorżniczych metod “Qualix” miał za cel jedynie utrzymać zespół w elicie, wobec czego organizował nowym podopiecznym mordercze sesje treningowe. Ich elementami były chociażby ćwiczenia z ciężkimi piłkami lekarskimi. Zadziałało. Przesądził triumf 2:0 (2:1 w dwumeczu) w barażu z Hamburgerem SV.

Nadchodzi powrót?

To był ostatni raz, kiedy Herthcie Berlin udało się uciec spod topora. Następna kampania nie była już tak łaskawa - klub spadł na zaplecze z hukiem, kończąc jako ostatnia drużyna w tabeli z 23 punktami. I też od tego momentu tkwi w 2. Bundeslidze, jak do tej pory nie będąc nawet blisko walki o awans. To wszystko może się natomiast wkrótce zmienić, bowiem sezon 2026/27 Hertha rozpoczęła z przytupem - dziewięć meczów, 25 na 27 możliwych punktów i pewne pierwsze miejsce w tabeli. Stołeczni potknęli się jedynie raz, remisując 0:0 na wyjeździe z Holstein Kiel. Wszystkie pozostałe mecze zaś wygrali. Na koncie mają m.in. okazałe zwycięstwo 4:1 z Heidenheim, które jeszcze rok temu rywalizowało w elicie.
Na ten stan rzeczy ma wpływ wiele kluczowych zmian, które zaszły w strukturach klubu. Windhorst już w 2022 roku sprzedał swoje akcje amerykańskiemu funduszowi 777 Partners, ulatniając się z Berlina. Pozostawił klub z długami, zmuszając nowy zarząd do wdrożenia mocnego cięcia kosztów i restrukturyzacji. Hertha została zmuszona chociażby do większego stawiania na wychowanków, co w pewnym sensie przyniosło jej nawet sukces - obecnie opoką defensywy jest 22-letni Linus Gechter, a przypomnijmy, że berlińska akademia przyniosła jeszcze na świat rewelacyjnego Ibrahima Mazę. Algierczyk dziś robi furorę w Bayerze Leverkusen i jest materiałem na gwiazdę wielkiego formatu. Kawał pracy od ponad roku wykonuje też trener, Stefan Leitl, zatrudniony przez dobrze spisującego się w roli prezesa Fabiana Dreschera.
Drescher swoją kadencję rozpoczął w dramatycznych okolicznościach. Do stycznia 2024 roku był wyłącznie prawą ręką ówczesnej głowy klubowego zarządu, czyli Kaya Bersteina. Ten jednak, w wieku zaledwie 43 lat, nagle zmarł - przyczyną jego śmierci najpewniej był zawał serca podczas snu. Wywołało to żałobę o tyle ogromną, że Bernstein cieszył się uznaniem praktycznie każdej grupy powiązanej z Herthą. Jako dawny założyciel kibicowskiej “Harlekins Berlin 98” miał szacunek ultrasów, a pieczę nad klubem zaczynał sprawować w momencie, gdy wszystko zaczynało się walić. Był blisko ludzi, budował społeczność, rozmawiał z kibicami, odcinał klub od korpokratycznej tożsamości. Jego odejście bardzo mocno wstrząsnęło lokalnym środowiskiem piłkarskim. I na ile uzasadnione były obawy, że wstrząśnie klubem, to Drescher póki co dzielnie dźwiga tę trudną rolę.
Widać obecnie, że Hertha Berlin to stopniowo stabilizujący się klub, próbujący odzyskać jakikolwiek balans po turbulentnych latach. Jej powrót dałby obecnej Bundeslidze sporo - począwszy od derbów Berlina, kończąc na zżytej społeczności kibicowskiej i powrocie na salony wyjątkowego obiektu, jakim jest Olympiastadion. Mamy dopiero jesień, ale tak mocny start daje nadzieje. Byle do końca.

Dyskusja

Przeczytaj również