Wielki powrót w Manchesterze United. Głowa boli, jak traktował go Amorim. I te słowa trenera!
Zwycięski gol w finale Pucharu Anglii. Występ od pierwszej minuty w finale EURO. Obie te rzeczy przed 20. urodzinami. Wydawało się pewne, że Kobbie Mainoo będzie przyszłością Manchesteru United. Decyzje Rubena Amorima mocno nadszarpnęły te nadzieje, jednak teraz odradzają się one ze zdwojoną siłą. Wychowanek wraca do gry i kibice nie muszą już obawiać się o to, że poszuka szczęścia gdzie indziej.
Przyszłość Kobbiego Mainoo w Manchesterze United jeszcze do niedawna stała pod ciągle rosnącym znakiem zapytania. Coraz głośniej robiło się o tym, że utalentowany pomocnik będzie chciał szukać regularnej gry gdzie indziej. Sytuację całkowicie zmieniło jednak zwolnienie Rubena Amorima. Odejście Portugalczyka i zmiana systemu ucinają spekulacje. U Michaela Carricka Mainoo powinien bowiem wrócić do łask i odgrywać istotną rolę. Trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym dalej byłby tak uparcie ignorowany jak przez Amorima.
“Złote dziecko” na bocznym torze
Kobbie Mainoo od dłuższego czasu trzyma łatkę jednego z największych talentów “wyprodukowanych” przez akademię Manchesteru United w ostatnich latach. W wieku 20 lat ma za sobą już dwa sezony (2023/24, 2024/25) regularnej gry w barwach “Czerwonych Diabłów”. Zanotował kolejno 24 i 19 występy w podstawowym składzie w Premier League. I to pomimo faktu, że w obu przypadkach dopadały go kontuzje. W międzyczasie strzelił też m.in. zwycięskiego gola w finale FA Cup czy zagrał od pierwszej minuty w finale EURO w barwach reprezentacji Anglii.
Do pewnego momentu wydawało się, że jego rola w zespole będzie tylko rosła. Wszystko zmieniło się jednak ze startem obecnej kampanii. Po dużych wzmocnieniach ofensywy Ruben Amorim przesunął Bruno Fernandesa niżej, ustawiając go jako jednego ze środkowych pomocników. To zabetonowało środek pola, gdzie obok Portugalczyka pewniakiem był Casemiro. Młody Mainoo wylądował na ławce, a brak europejskich pucharów oznaczał mocne ograniczenie jego szans.
Do zwolnienia Amorima zaliczył w tym sezonie zaledwie jeden występ w podstawowym składzie - przy okazji kompromitującej porażki z czwartoligowym Grimsby, która wyrzuciła United z Pucharu Ligi i, w efekcie, tylko zmniejszyła liczbę potencjalnych szans do gry dla Anglika. Do 5 stycznia, gdy Amorim oficjalnie pożegnał się z posadą, Mainoo rozegrał zaledwie 302 minuty. Przez pół sezonu! Tylko 16% możliwego czasu spędzonego na boisku. Coraz częściej pojawiały się doniesienia o jego frustracji. Rzeczywiście - został postawiony w sytuacji niemal bez wyjścia.
Na przegranej pozycji u Amorima
Już rok temu mówiło się, że Manchester United może sprzedać wychowanków - nie tylko Mainoo, ale i Alejandro Garnacho, z którym wówczas wiązano jeszcze spore nadzieje. Nie chodziło o chęć spieniężenia ich i wypychanie na siłę, lecz zwyczajnie dopuszczano możliwość ich odejścia za odpowiednią kwotę. To było mocno nietypowe dla “Czerwonych Diabłów”, natomiast wynikało z działań nowego zarządu pionu sportowego. Sprzedaż “produktów” akademii mogłą zapewnić “czysty zysk” w księgach i uwolnić znaczne środki na wzmocnienia. Choć wówczas nie wykonano w tym kierunku żadnych zdecydowanych ruchów, w świat poszła wiadomość - wychowankowie nie są nietykalni i przywiązanie do nich może zdecydowanie zmaleć.
Ostatecznie latem odszedł Garnacho. Wynikało to jednak z konfliktu z Amorimem i jego toksycznego zachowania. Mainoo wykazał się większą cierpliwością i pokorą, doceniając regularne szanse, które dostawał od trenera. Latem pojawiły się plotki mówiące o tym, że chciałby zmienić otoczenie, ale szybko zostały zdementowane, choć miały pewne uzasadnienie. W bieżących rozgrywkach jego sytuacja się zmieniła i frustracja miała narastać.
- Musi walczyć o pozycję z Bruno na treningu. Tak się robi w Manchesterze United - tłumaczył Amorim jeszcze w sierpniu.
Problem w tym, że Mainoo stał na przegranej pozycji. Portugalczyk to lider i talizman. Anglik wchodził na murawę właściwie tylko, gdy w wyniku zmian taktycznych Bruno przesuwał się do przodu lub kiedy zespół gonił wynik i trener decydował się na ustawienie bez defensywnego pomocnika. Pozostawała jeszcze ewentualność kontuzji, lecz te w przypadku Fernandesa się właściwie nie zdarzały. Mainoo miał coraz poważniej myśleć o wypożyczeniu. Zabiegało o niego Napoli.
Oliwy do ognia dolał przyrodni brat zawodnika, który przy okazji meczu z Bournemouth pojawił się na Old Trafford w t-shircie z napisem “FREE KOBBIE MAINOO” (ang. “WYZWOLIĆ KOBBIEGO MAINOO”). Amorim przekonywał później:
- To nie Kobbie założył tę koszulkę. Jeśli zagra w podstawowym składzie, to nie z jej powodu i również nie usiądzie z jej powodu na ławce. Zagra, jeśli będziemy sądzili, że to właściwy gość do gry.
Opuszczenie Old Trafford wydawało się jednak coraz bardziej realne, bo latem odbywa się mundial, a by na niego pojechać, trzeba grać. Kibice zaczynali głośno martwić się o przyszłość “swojego” wielkiego talentu. Chłopaka z akademii stanowiącego przyszłość klubu, podtrzymującego jego opartą na wychowankach tożsamość.
Pod koniec grudnia stał się “cud”, bo uraz mięśniowy wykluczył Fernandesa z gry na cztery mecze (tyle samo, ile wcześniej stracił z powodu kontuzji przez całą karierę). W tym samym momencie… wypadł jednak Mainoo. Okazja na kilka występów w podstawie z rzędu przepadła. I gdyby nie zwolnienie Amorima, mogłaby bardzo długo nie nadejść.
Wreszcie “wyzwolony”
Powrót Mainoo do gry zbiegł się w czasie z utratą stołka przez Portugalczyka. Darren Fletcher wpuścił go z ławki przeciwko Burnley i wystawił w pierwszej jedenastce z Brightonem w Pucharze Anglii. Michael Carrick z kolei dał mu rozegrać pełne 90 minut w wygranych derbach z City. Tylko w ciągu ostatnich dwóch tygodni pomocnik zaliczył więcej spotkań w podstawie niż pod wodzą Amorima przez wcześniejsze pół roku.
United po zmianie trenera przeszli na system z czwórką z tyłu i, przede wszystkim, trzema piłkarzami w środku pola. Fernandes gra na “dziesiątce”. Za jego plecami występuje duet, w którym otwiera się miejsce u boku Casemiro. Mainoo to idealny kandydat, by w nie wejść.
- Wyglądał świetnie u boku Casemiro. Dali nam fundament z Lichą i Harrym [Martinezem i Maguire’em - przyp. red.] - komplementował go Carrick po zwycięstwie z City. - To fantastyczny zawodnik, ma ogromny talent, wielkie umiejętności. Grał w niesamowicie ważnych spotkaniach i dobrze sobie w nich radził. Nie mogę się doczekać, aż zobaczę, jak jego talent rozbłyśnie - mówił trener.
Młody wychowanek rzeczywiście zaimponował. Jak wyliczyło Sky Sports, pokonał bez piłki aż 7,9 kilometra. To więcej, niż jakikolwiek piłkarz United w tym sezonie Premier League. Wykonał też aż 77 wysokich pressingów, co stanowiło czwarty wynik, jeśli chodzi o graczy “Czerwonych Diabłów” w bieżących rozgrywkach. Do tego skutecznie pracował w defensywie i prezentował się świetnie, jeśli chodzi o swój największy i najbardziej oczywisty atut: operowanie piłką.
Po kilku miesiącach ignorowania przez Amorima Mainoo wreszcie może liczyć na powrót do podstawowego składu. Wydaje się bowiem, że Carrick widzi go w pierwszej jedenastce zespołu. A to dobre wiadomości dla United. Spekulacje na temat ewentualnej utraty wielkiego talentu odchodzą na boczny tor.
Mowa o graczu o naprawdę wielkim potencjale, a nieumiejętność wkomponowania go w preferowany system to chyba jeden z największych zarzutów pod adresem Amorima (a przypomnijmy - sprawdzał go nawet na pozycji napastnika). Jeszcze przed startem tego sezonu wydawało się, że drużyna w kolejnych latach może być budowana m.in. właśnie dookoła Mainoo. Po poważnym nadszarpnięciu tych nadziei budzą się one teraz z podwójną siłą. Co więcej, pojawiają się doniesienia o rozmowach na temat nowego kontraktu, które z uwagi na spadek w hierarchii stanęły w martwym punkcie. A to dobre wieści dla fanów “Czerwonych Diabłów”. Wychowankowie to w końcu ich oczka w głowie.