Wstyd tak grać. Wydali miliony, nie potrafią kopnąć w bramkę. Utrzymanie to już cud
Przez ponad pół meczu grasz w przewadze jednego zawodnika. Twoim rywalem jest naprawdę przeciętny Raków. Nie dowozisz jednak trzech punktów, prezentujesz się absolutnie koślawo, zawodzisz. Jak i dlaczego chcesz utrzymać się w Ekstraklasie?
Od początku kadencji Aleksandara Vukovicia było pewne, że Widzew nie postawi na styl efektowny, ale w najlepszym razie efektywny. Miało być brzydko, ale miały być punkty, bo celem stało się już nie zrobienie wrażenia na postronnych, lecz po prostu przetrwanie w Ekstraklasie. Początek - wygrana z Lechem - zapowiadał jednak coś, co nigdy nie nadeszło.
Spotkanie z "Kolejorzem" było jedynym wyraźnym błyskiem za kadencji Serba. Pozostałe mecze jawią się przyjemnie niczym ekstrakcja zęba bez znieczulenia. Z Arką, Górnikiem i Rakowem Łodzianie oddali łącznie trzy celne strzały. Z beniaminkiem udało się raz, z Zabrzanami wcale, z Częstochowianami dwukrotnie, przy czym w obu przypadkach już w doliczonym czasie gry!
A przecież Raków od 36. minuty musiał radzić sobie w dziesięciu. Widzew nie potrafił jednak narzucić warunków osłabionemu rywalowi. Ewentualna dominacja była w najlepszym razie pozorna. Poza golem goście stworzyli sobie jedną przyzwoitą sytuację, gdy niebezpieczny strzał zza pola karnego oddał Fran Alvarez. Dramatycznie mało, przede wszystkim biorąc pod uwagę sytuację Widzewa w tabeli.
Zwyczajnie musisz wykorzystywać sytuacje, gdy rywale wyciągają rękę tak daleko. A Raków zrobił wszystko, aby podopieczni Vukovicia ten mecz wygrali. Widzew jednak zrobił jeszcze więcej, aby trzech punktów nie zdobyć.
Znamienna jest sytuacja z samej końcówki, kiedy przyjezdni mieli korzystny wynik. Po nieudanym wypadzie "Medalików" do kontry ruszył wspomniany Alvarez. Hiszpan miał dwóch kolegów wybiegających ze skrzydła, ale próbował rozwiązać sytuację na własną rękę. Źle wypuścił piłkę, stracił ją, a chwilę później Raków dopiął swego. Znów zawiodła wola walki, koncentracja, zupełnie tak, jakby Widzew czerpał wzorce z reprezentacji Polski. Po dośrodkowaniu piłki w "szesnastkę" goście przegrali każdy z trzech pojedynków. Nie da się wywalczyć utrzymania w ten sposób.
Zrzucanie winy na sędziego punktów Łodzianom nie da. Paweł Raczkowski fatalnie prowadził sobotnie zawody, sytuacja z cofniętym karnym budzi kontrowersje. Kwestia przewinienia na Bartłomieju Drągowskim, dla wielu jeszcze bardziej paląca i dramatyczna, bo okupiona krwią, wydaje się jednak klarowna. Lamine Diaby-Fadiga pierwszy zagrał piłkę, a zanim uderzył w twarz reprezentanta Polski sam został przez niego sfaulowany. Poza tym, chociaż to mniej istotne, naprawdę źle świadczy o Widzewie, że takiego spotkania nie potrafił wygrać w sposób niedający przestrzeni do dyskusji na temat sędziowania.
Trudno znaleźć argumenty za tym, aby ekipa Vukovicia przetrwała. Zmiany formacji wypadają niekorzystnie, kolejni zawodnicy nie dojeżdżają (wyjątkiem znów solidny Przemysław Wiśniewski), a najdroższy transfer (Osman Bukari) stał się najdroższym wstydem, bo jak można zawalić kwestię dokumentacji przy historycznym ruchu. Nadziei należy upatrywać chyba przede wszystkim w kłopotach innych drużyn. Zdestabilizowane Radomiak i Arka powodują, że światełko w tunelu tli się jeszcze ostatnimi lumenami. Przed Widzewem absolutnie kluczowe spotkania z Termalicą, Radomiakiem i Motorem. Jeśli sam nie podłączy sobie tlenu, nikt inny za to nie zadba. W tym momencie ekstraklasowych Widzew ma tylko kibiców.