Dobre wieści dla Lecha Poznań. Mnożą się problemy rywala. "Szansa na niespodziankę"
Choć po dotychczasowych starciach z klubami z Premier League (0:4) i Bundesligi (0:4) piłkarze Lecha Poznań mogli nabawić się traumy, to w kolejnym meczu w Lidze Europy - z Sunderlandem - okoliczności zdają się bardziej sprzyjające, a rywal - odrobinę mniej wymagający.
Podobnie jak w przypadku Crystal Palace mamy do czynienia z najlepszym okresem klubu od wielu lat, stąd obecność w Europie. W 2025 roku Sunderland wrócił do Premier League po latach niebytu - pierwszy raz od spadku upamiętnionego w serialu Sunderland Till I Die. Awans wywalczył w dramatycznych okolicznościach, bo po zwycięskim golu w 95. minucie finału play-offów na Wembley. Potem jako beniaminek zajął siódme miejsce - najlepsze od 2001 roku. To pozwoliło awansować do europejskich pucharów, po raz pierwszy od... 53 lat.
Młody sypnął groszem
Nie byłoby tego historycznego sezonu, gdyby Kyril Louis-Dreyfus, zaledwie 29-letni właściciel klubu, latem nie sypnął groszem. Taka polityka nie zawsze się sprawdza, ale w Sunderlandzie po awansie uznali, że z tą kadrą nie mają szans na utrzymanie i przebudowali zespół. Wydali na transfery ponad 200 mln euro, kilkukrotnie bili swój rekord transferowy, a na Stadium of Light trafili tacy zawodnicy jak Robin Roefs, Nordi Mukiele, Omar Alderete, Lutsharel Geertruida, Reinildo Mandava, Noah Sadiki, Habib Diarra, Chemsdine Talbi, Enzo Le Fee, Bertrand Traore, Nilson Angulo, Simon Adingra, Marc Guiu czy Brian Brobbey.
Istna Wieża Babel, ale opłaciło się. Trener Regis Le Bris jakoś to ogarnął, a większość z nowych nabytków okazała się wartościowymi wzmocnieniami. Bez niektórych trudno dziś wyobrażać sobie pierwszy skład "The Black Cats". Najważniejszym transferem był jednak Granit Xhaka. 32-letni Szwajcar dość niespodziewanie opuścił Bayer Leverkusen i wrócił na Wyspy. Piłkarz, który wcześniej spędził siedem lat w Arsenalu, szybko został liderem na boisku i poza nim. Otrzymał opaskę kapitana i odpłacił się świetną grą. Został nawet nominowany w kategorii Transfer Sezonu.
Strzałem w dziesiątkę okazał się też Brobbey. Holender to "Afimico Pululu do kwadratu". W zeszłym sezonie strzelił co prawda tylko siedem goli, ale odgrywał kluczową rolę w dość prostym sposobie gry Sunderlandu. Bez jego "zastawki" - wygrywanych pojedynków w powietrzu i na ziemi - trudno było sobie wyobrazić nieliczne ataki ówczesnego beniaminka. W tym sezonie Brobbey strzelił hat-tricka w szalonym meczu z Manchesterem City (3:5), ale w starciu reprezentacji Holandii z Niemcami doznał kontuzji, po której dopiero wraca do siebie. W spotkaniu z Lechem jeszcze nie zagra, podobnie jak jego zmiennik, reprezentant Haiti, Wilson Isidor. Brak tej dwójki to potężna wyrwa w ataku SAFC.
Ataku, który i tak nie rozpieszcza. W poprzednim sezonie mniej goli od czwartkowego rywala Lecha (42) strzeliły tylko trzy drużyny (Crystal Palace, Burnley i Wolves). Ale również tylko trzy mniej straciły (Arsenal, Manchester City i Brighton). W bramce ekipy Le Brisa kapitalnie spisywał się Robin Roefs, ale i tak wynik z zeszłego sezonu wydawał się mocno "ponad stan". Według modelu Understat, Sunderland powinien stracić nie 48, a 60 goli. I powinien zdobyć nie 54, a 42 punkty. I skończyć nie na siódmym, a na... 18. miejscu.
Syndrom drugiego sezonu
W poprzedniej kampanii szczęście im sprzyjało, w tym sezonie karta się odwróciła. Sunderland ma pecha do kontuzji (to nie tylko Brobbey i Isidor, ale też lider obrony Daniel Ballard i doświadczony Thomas Meunier), indywidualnych błędów i... terminarza. Ostatnie cztery kolejki to mecze z: mistrzem Arsenalem, wicemistrzem Manchesterem City, doskonale dysponowanym Brighton i zdeterminowanym Bournemouth, które u siebie jest w stanie odebrać punkty każdemu.
Wszystkie te mecze Sunderland przegrał, ale część z nich w naprawdę pechowych okolicznościach. Z Arsenalem długo nie był gorsi, a przy stanie 0:0 David Raya obronił rzut karny wykonywany przez Enzo Le Fee. Z Bournemouth fatalne błędy popełniali obrońcy - Omar Alderete i Kevin Danso, który latem przyszedł z Tottenhamu. W dodatku Danso już w 17. minucie wyleciał z boiska za faul taktyczny.
Po siedmiu kolejkach "Czarne Koty" są na ostatnim miejscu w tabeli (choć wg tabeli xPTS powinni być na 14.). Można powiedzieć, że na razie cierpią na "syndrom drugiego sezonu" beniaminka. Połączony z trudami gry na dwóch frontach drużyny, która chyba nie była jeszcze na to gotowa. I choć latem nie odszedł nikt znaczący, to też zdaje się, że tym razem wzmocnień było za mało, zwłaszcza z przodu. Ściągnięty w Deadline Day Malick Fofana ma potencjał, ale na razie to melodia przyszłości. W rozegraniu zespół za bardzo uzależnił się od Xhaki - a choć Szwajcar w tym sezonie stworzył już kolegom 15 okazji, to nie gra tak dobrze jak przed mundialem.
Nic dziwnego, że nastroje w drużynie są kiepskie. - Tak wygląda nasza gra od początku sezonu. Nie jesteśmy wystarczająco dobrzy. Zasługujemy by być w tym miejscu. Dlaczego tak jest? Nie wiem, może jesteśmy zbyt aroganccy - wypalił Nordi Mukiele po czwartej porażce z rzędu.
Lepszej okazji nie będzie?
Dlatego też kibice zachęcają Le Brisa, by na mecz z Lechem mocno zarotował i "pierwszy garnitur" szykował na niedzielny mecz z Leeds. Teraz ligowy terminarz staje się nieco bardziej łaskawy i trzeba będzie ruszać w górę tabeli. Tym bardziej, że w dwóch pierwszych kolejkach Ligi Europy udało się wygrać - 1:0 u siebie z AZ Alkmaar i 2:1 na wyjeździe z Torreense. To drugie zwycięstwo przyszło w bólach. Portugalski drugoligowiec długo prowadził 1:0 po pięknym strzale Volneia, ale w 59. minucie Le Bris dokonał poczwórnej zmiany, wpuścił Xhakę, Le Fee, Mukiele i Reinildo, po czym udało się odwrócić losy meczu.
W czwartek w Poznaniu zobaczymy więc zapewne znowu mocno rezerwowy skład, z takimi zawodnikami jak Trai Hume, Luke O'Nien czy Chris Rigg, którzy pamiętają jeszcze występy w Championship. I z anonimowym do niedawna Timurem Tuterowem w ataku.
Kiepsko dysponowany rywal, skupiony na problemach na krajowym podwórku, popełniający sporo błędów w defensywie, nieskuteczny z przodu i mający problemy z fazami przejściowymi. Można powiedzieć, że przed Lechem otworzyło się dobre "okienko", by - przy dużo lepszej własnej grze - sprawić niespodziankę i zapunktować w meczu z przedstawicielem Premier League. Zwłaszcza u siebie, bo wyjazd na Stadium of Light to wyzwanie zupełnie innej skali. Ale to już będzie problem Jagiellonii.