Wydali chore pieniądze na transfery, a się kompromitują. Potężne rozczarowanie
Liverpool po 25 kolejkach ma w tabeli Premier League bliżej do strefy spadkowej niż fotelu lidera. Pod wieloma względami tylko trzykrotnie widzieliśmy gorszego obrońcę tytułu Premier League. “The Reds” wciąż mogą jeszcze wycisnąć “minimum przyzwoitości” w tym sezonie ligowym, ale to i tak nie zmaże rozczarowania.
Nie tak miała wyglądać obrona mistrzostwa przez Liverpool. “The Reds” w jesienno-zimowym okresie zaliczali najgorszą serię od 70 lat, a przed 25. kolejką plasowali się na szóstym miejscu, aż 16 punktów za prowadzącym w tabeli Arsenalem. O kolejnym tytule można już zapomnieć, a powodów do zmartwień jest sporo. Dość powiedzieć, że drużyna z czerwonej części Merseyside jest na tym etapie sezonu gorsza od… Manchesteru United Davida Moyesa.
Tak źle nie było od 70 lat
Gdy Liverpool wydawał latem na wzmocnienia prawie 450 milionów funtów (uwzględniając bonusy), mogło wydawać się, że “The Reds” szykują się do przejęcia pałeczki dominatorów Premier League od Manchesteru City. W końcu dopiero co zdobyli mistrzostwo z przewagą 10 oczek, dwukrotnie pobili swój rekord transferowy, kupując Floriana Wirtza i Alexandra Isaka, a w międzyczasie wyłożyli też 80 milionów funtów na Hugo Ekitike. Prężyli muskuły i wszyscy mogli drżeć ze strachu.
Rozgrywki rozpoczęli od dobrych wyników. Co prawda w starciu o Tarczę Wspólnoty przegrali z Crystal Palace po serii rzutów karnych, ale potem wygrali siedem kolejnych meczów. Na papierze wyglądało to na mocne wejście w sezon. Nie wszyscy byli jednak przekonani. W sześciu ze wspomnianych spotkań Liverpool zapewniał sobie wygraną po 80. minucie, z tego w trzech przypadkach robił to w doliczonym czasie gry. Podopieczni Arne Slota wypuszczali kontrolę nad spotkaniem, nawet gdy wychodzili na prowadzenie i potem kończyło się nerwówką. Na dodatek tylko jeden z nowych nabytków dobrze wszedł w sezon. Wirtz długo zawodził. Milos Kerkez również. Nie przekonywali też Isak i Jeremie Frimpong, choć im akurat przeszkadzały odpowiednio brak okresu przygotowawczego i urazy. Poważnej kontuzji doznał też młodziutki stoper, Giovanni Leoni. “Dowoził” jedynie Ekitike. Suche wyniki pudrowały znaki ostrzegawcze.
Wszystko posypało się pod koniec września. Wówczas “The Reds” rozpoczęli od porażki z Crystal Palace dwumiesięczny marsz męki, podczas którego przegrali aż dziewięć z 12 meczów na wszystkich frontach. Takiej passy nie mieli od sezonu 1953/54. Wszyscy przecierali oczy ze zdumienia i zastanawiali się, co dzieje się z mistrzami kraju. Z ogromnej zapaści udało się już wyjść, a bezpośrednio po niej nadeszła passa 13 spotkań bez porażki. Z tym że, z drugiej strony, tylko siedem z nich skończyło się wygranymi. Na pierwszą ligowe zwycięstwo w 2026 roku trzeba było czekać do 31 stycznia i szóstego meczu. Liverpool jeszcze w pełni się nie podniósł i efekty tego widać w tabeli.
Tylko trzech gorszych mistrzów
Na obecnym etapie rozgrywek nie ma już wątpliwości - nie można mówić o obronie tytułu mistrzowskiego. Po 25 kolejkach Liverpool nie dobił jeszcze nawet do 40 punktów. Ostatnim mistrzem kraju, który również nie osiągnął tego pułapu po 25 spotkaniach Premier League, było Leicester City w sezonie 2016/17. Łącznie w całej historii PL (a więc począwszy od rozgrywek 1992/93), takie coś dzieje się czwarty raz.
“The Reds” to dopiero szósty obrońca tytułu w erze Premier League, który na finiszu 25. kolejki plasował się poza pierwszą piątką. Tylko 11 zwycięstw i aż osiem porażek to również wynik bardzo słaby - gorzej w obu tych względach wypadały tylko trzy drużyny walczące o zachowanie statusu mistrza: Leicester 2016/17, Chelsea 2015/16 oraz Leeds United 1992/93. Wszystkie kończyły na “dwucyfrowych” lokatach. I nawet jeśli 17-punktowa strata do lidera nie wygląda specjalnie źle na tle podobnych przypadków z poprzednich lat, jest to pokaźny deficyt. Podopiecznym Slota bliżej do strefy spadkowej niż pierwszego miejsca.
Poprzednio tak dużą stratę widzieliśmy, gdy Liverpool ostatni raz bronił mistrzostwa w kampanii 2020/21. “The Reds” plasowali się na siódmej pozycji, 19 punktów za Manchesterem City. Wówczas zdołali uratować finisz na ligowym podium. Historia pokazuje więc, że nawet po tak nieudanych 2/3 sezonu można jeszcze się podnieść. Niemniej, oczekiwania stały na zdecydowanie wyższym poziomie. Według Slota awans do Champions League to absolutne “minimum przyzwoitości”.
- Jeśli się to nie uda, to na pewno nie będzie to akceptowalny sezon - stwierdził na konferencji prasowej przed spotkaniem z Sunderlandem.
Nie jest to nierealne, lecz nikt na Anfield nie zakładał przed startem sezonu, że w lutym trener będzie mówił o ratowaniu miejsca gwarantującego wejście do Ligi Mistrzów. Celem był tytuł.
Slot nie może spać spokojnie
Słabe wyniki są trudne do akceptacji, ale frustrację u kibiców powodują również inne sprawy. Spokojniejszy, bardziej cierpliwy styl gry, nie był przez nich jednoznacznie chwalony nawet wówczas, gdy ekipa kroczyła po mistrzostwo. Oczekiwali bowiem “rock and rolla” i fajerwerków. Wyniki jednak broniły pomysłu trenera. Aż forma znacząco osłabła w obecnej kampanii.
Niedawne napięcia na linii Slot - Mohamed Salah mocno naruszyły reputację Holendra w oczach fanów. Egipcjanin po meczu z Leeds 6 grudnia otwarcie mówił o rozpadzie relacji z trenerem i uczuciu wystawienia na ostrzał w obliczu słabej formy zespołu. Naturalnie, sam mocno zawodził (więcej o tym TUTAJ), ale każda krytyka szkoleniowca z ust żywej ikony klubu to poważny cios i wydarzenie, które prowadzi do narostu negatywnych emocji w wśród fanów.
Sam Slot również zaliczył kilka “wątpliwych” wypowiedzi. Wystarczy wspomnieć niedawny komentarz po pieczętującej awans do 1/8 finału Ligi Mistrzów wygranej z Karabachem Agdam.
- Cieszy nas wejście do finałowej 16-tki, zwłaszcza że dwa lata temu graliśmy w Lidze Europy i odpadliśmy z Atalantą - stwierdził wówczas na konferencji prasowej.
Trudno zrozumieć, co miało na celu odwołanie do dwumeczu jeszcze pod wodzą Juergena Kloppa. Chyba tylko wątpliwą próbę pokazania progresu (w domyśle - dzięki pracy Slota). Robienie dobrej miny do złej gry i przyjęcie postawy defensywnej, poprzez podkopywanie autorytetu Kloppa, to bardzo ryzykowna strategia. Podobnie jak odpowiadanie na pytania o krytykę fanów, że Liverpool zdobył mistrzostwo zaledwie dwukrotnie w ostatnich 30 latach, z tego raz podczas jego półtorarocznej kadencji.
Nie pomagają też wypowiedzi po porażkach. Ostatnio, po spotkaniu z Manchesterem City, trener stwierdził, że Liverpool prezentował się gorzej od rywali w zaledwie “trzech połowach w tym sezonie”. To dość odważne stwierdzenie, bo jego podopieczni, wliczając serie rzuty karne, przegrali aż 12 spotkań na wszystkich frontach.
Aktualnie, nawet pomimo wywalczonego w ostatnich rozgrywkach mistrzostwa, pozycja menedżera Liverpoolu nie może być bezpieczna. Trzy porażki na Anfield w tym sezonie Premier League to już więcej niż w siedmiu z ośmiu kampanii pod wodzą Juergena Kloppa i więcej niż łącznie w trzech ostatnich sezonach jego pracy w Merseyside. A szukając kolejnych porównań do dawnych menedżerów, można wspomnieć, że niedawno drużyna zaliczyła najgorszy 20-meczowy okres od wspominanej ze strachem kadencji Roya Hodgsona.
Liverpool Arne Slota zrobił w poprzednich rozgrywkach rzecz wielką. To, co dzieje się w ostatnich miesiącach, mocno jednak przyćmiło świetne wrażenie. Holender sam zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko, a letnie transfery tylko ją podniosły. Mówienie o zwolnieniu go tu i teraz można uznać za przesadę, ale nie może on być pewny utrzymania posady. Naturalnie, ocenę mogą zmienić sukcesy w FA Cup lub Lidze Mistrzów, natomiast w obecnej formie trudno stawiać “The Reds” w roli faworytów w tych rozgrywkach. Niełatwo też znaleźć ich fana, który aktualnie, dziewięć miesięcy po zdobyciu mistrzostwa, wspierałby Slota bez cienia wątpliwości.
W końcu, jak zwrócił uwagę Adam Crafton z The Athletic, obecny Liverpool ma po 25 kolejkach gorszy bilans od Manchesteru United Davida Moyesa. A to mówi samo za siebie.