Z Realu Madryt na samo dno. To największy niewypał lata. Następca już czeka

Z Realu Madryt na samo dno. To największy niewypał lata. Następca już czeka
News Images / pressfocus
Paweł - Grabowski
Paweł GrabowskiDzisiaj · 12:31
Alvaro Arbeloa jeszcze pół roku temu prowadził Real Madryt w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, a dzisiaj szoruje po dnie Premier League z Fulham. Żaden angielski klub tak źle nie wyszedł na letniej zmianie trenera. Hiszpan właśnie dostał dwa mecze, by ocalić posadę. Jeśli gra Fulham nie drgnie, to jeszcze w tym miesiącu na Craven Cottage zobaczymy Thomasa Franka.
Aż dziewięć klubów Premier League latem zmieniło trenera, ale tylko jeden w sześciu meczach uzbierał zaledwie dwa remisy. Fulham jest tak beznadziejne, że w miniony weekend przegrało z Ipswich (1:2), chociaż do 88. minuty prowadziło 1:0. Latem tyle mówiło się o nowym otwarciu i budowaniu na fundamentach Marco Silvy. Fakty są jednak takie, że Silva budował Fulham latami i zostawił po sobie solidną drużynę. Arbeloa rozwalił to wszystko w kilka tygodni.
Dalsza część tekstu pod wideo

Brak kontroli

Po porażce z Ipswich wszedł w słowne utarczki z dziennikarzami. Opowiadał, że dawniej grał w najlepszej drużynie świata, a potem nawet ją trenował. Wyśmiewał słowo „presja”. Wcześniej też puszczały mu nerwy, kiedy atakował sędziów po spotkaniu z Manchesterem United (1:1), tłumacząc się potem słabym angielskim. To nie jest trener, który twardo trzyma kierownicę. Arbeloa stworzył ekipę, która od 75. minuty straciła w tym sezonie pięć goli, czyli najwięcej w lidze. Fulham słabo radzi sobie z kontrolą i spokojem, podobnie jak jego trener, kiedy musi odpowiadać na trudne pytania.
Gdyby potrafił dowozić wyniki, miałby dziś kilka punktów więcej i zupełnie inną narrację. Sam Arbeloa przyznał po meczu z Ipswich, że jego drużyna po zdobyciu bramki zaczyna grać długimi piłkami, oddaje inicjatywę i cofa się pod własne pole karne. Mimo trafnej diagnozy Hiszpan nie jest w stanie przeprogramować swoich graczy. Czasem wygląda to jak przyznanie się do bezradności w lidze, która bezradność punktuje natychmiast.

Brak doświadczenia

Jako zawodnik Arbeloa był mistrzem świata i dwa razy mistrzem Europy. Dwukrotnie wygrał Ligę Mistrzów z Realem Madryt i zasmakował Anglii, grając w Liverpoolu. Mocne piłkarskie CV nie jest jednak gwarantem świetnej kariery trenera. Jako 43-latek ciągle jest na dorobku, a rok 2026 mocno sprowadził go na ziemię. Trzeba pamiętać, że w Realu Madryt pracował jako trener awaryjny po odejściu Xabiego Alonso w styczniu. Zanotował aż osiem porażek. Nie wytrwał nawet pół roku, poza tym w Realu łatwiej było schować się za indywidualną klasą Mbappé czy Bellinghama. Fulham to zupełnie inny świat.
W Realu debiutował kompromitującą porażką 2:3 z drugoligowym Albacete w Pucharze Króla. Potem było odpadnięcie z Ligi Mistrzów, przegrane El Clasico i Barcelona z mistrzowskim tytułem bez większego wysiłku. Była też szatnia, która pod koniec sezonu zamieniła się w pole bitwy. Za kulminację tej farsy robiła bójka, kiedy Federico Valverde trafił do szpitala. Arbeloa nie potrafił nad tym zapanować. Od sierpnia miał okazję zmazać to wrażenie w Anglii, ale efekty są tragiczne.

Zły plan

Hiszpan przyszedł z obietnicą odważnej, ofensywnej piłki w hiszpańskim stylu. Na początku sezonu Fulham rzeczywiście atakowało widowiskowo, szczególnie boczni obrońcy Antonee Robinson i Timothy Castagne mogli się wykazać. Z drugiej strony widać było, jak źle w tyłach wygląda ten zespół, skoro przeciwko Chelsea na starcie sezonu stracił gola już w 31. sekundzie. Fulham należy do czołówki ligi pod względem liczby celnych podań, a jednocześnie strzela tyle, co drużyny walczące o utrzymanie. Jego chęć posiadania piłki nie przekłada się na nic.
Jeszcze więcej pytań budzi polityka transferowa, którą Arbeloa mocno zabarwił swoją przeszłością. Fulham wydało blisko 50 milionów funtów na trzech piłkarzy związanych z Realem. Najdroższy z nich, Gonzalo García, kosztował około 40 milionów. Miał być napastnikiem z dobrym pressingiem, do tego egzekutorem, a po pierwszych sześciu kolejkach ma jednego gola. Jego bilans bramek oczekiwanych i liczba kilkunastu strzałów wprost pokazują na nieskuteczność. César Palacios i Manuel Ángel, również z madryckiego zaplecza, są nieźli technicznie, ale fizycznie wyglądają na nieprzygotowanych do Premier League.
Efekt uboczny aż wali po oczach. Skupienie na madryckich znajomościach oznaczało, że klub nie załatał dziur, które naprawdę wymagały załatania. Kibice chcieli bramkarza, prawego obrońcę i silnego napastnika umiejącego utrzymać się przy piłce. Zamiast tego mamy kadrę skrojoną pod trenera, który coraz mocniej się miota. To też wiąże ręce zarządowi. Zwolnienie Arbeloi oznaczałoby przyznanie, że cała letnia strategia wraz z transferami była pomyłką.

Następcy czekają

Co jakiś czas w tle słychać o napięciach między Arbeloą a częścią starszyzny w szatni. Niektórzy zawodnicy publicznie sugerowali frustrację metodami Hiszpana, co za kadencji Silvy praktycznie się nie zdarzało. Kibice zwracają uwagę, że po porażkach trener szybko znika w tunelu, zamiast podziękować sektorowi gości. W klubie walczącym o przetrwanie takie drobiazgi budują albo niszczą więź z trybunami. Inni nowi trenerzy w Premier League, jak np. Marco Rose, też mają swoje problemy, ale przykład Arbeloi jest szczególny.
Jego obrońcy podają argument terminarza: Fulham zaczęło od Chelsea, grało z Liverpoolem i Manchesterem United, a w tych meczach wyglądało przyzwoicie. Remis na Anfield (0:0) i porażka z “The Blues” (2:3) to żaden wstyd. Tyle że takie punktowanie nic nie da na koniec sezonu. Liczy się wygrywanie z rywalami z dołu tabeli, a skoro Fulham przegrywa z beniaminkiem z Ipswich, to media słusznie polują na posadę Hiszpana i wymieniają już nazwiska możliwych następców. Jednym z nich jest Thomas Frank, wcześniej pracujący w Brentford i Tottenhamie.
Arbeloa ma podobno dwa mecze na odwrócenie sytuacji. Teraz zmierzy się z Hull na Craven Cottage, a następnie w delegacji z Coventry. Na papierze są to mecze do wygrania, chociaż w praktyce Coventry właśnie rozbiło Newcastle 4:1. Dzisiaj trudno wyobrazić sobie, by Arbeloa zbudował w Fulham taką markę, jaką dawniej wytworzył tu Marco Silva, pracując przez prawie pięć lat. Latem zarząd z Craven Cottage ewidentnie postawił na wielkość nazwiska zamiast na konkretne doświadczenie trenerskie i dzisiaj za tę decyzję płaci. Kontrakt do 2029 roku wygląda w tej chwili jak ponury żart.

Dyskusja

Przeczytaj również