Od mistrzostwa kraju do czwartej ligi. Znany klub sięgnął dna

Od mistrzostwa kraju do czwartej ligi. Znany klub sięgnął dna
IMAGO / pressfocus
Piotrek - Przyborowski
Piotrek PrzyborowskiDzisiaj · 14:40
Jeszcze dekadę temu to oni dzielili Allianz Arenę z Bayernem. Obecnie TSV 1860 Monachium pozostaje z dala od imponującego stadionu, ale i wielkiego futbolu. Przez lata gnębione pomysłami kontrowersyjnego inwestora znów musi zaczynać od zera. I tym razem chyba już na dobre.
Dziś mało kto już pamięta, ale kiedy na początku tego wieku Niemcy otrzymali prawo organizacji mundialu, Monachium zdecydowało się na budowę nowego stadionu. Ten miał być domem nie tylko dla Bayernu, ale również TSV 1860. Starszy brat “Die Roten” to w stolicy Bawarii coś znacznie więcej niż “ten drugi klub”. Mimo że obecnie daleko mu do sukcesów “FCB”, dla wielu Monachijczyków stanowi ważny symbol całego miasta. I dlatego przez ostatnie lata tak mocno cierpieli, kiedy w wyniku często niezrozumiałych decyzji właściciela klubu “Lwy” podążały od pożaru do pożaru. Teraz muszą go gasić w Regionallidze, czyli na czwartym poziomie rozgrywkowym.
Dalsza część tekstu pod wideo

Dekada europejskich ambicji

Chociaż dziś trudno jest w to uwierzyć, 1860, jak zwyczajowo nazywany jest monachijski klub, nie zawsze pozostawało w cieniu Bayernu. Dwukrotnie sięgnęło po Puchar Niemiec, w 1965 roku dotarło do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, a sezon później zostało nawet mistrzem kraju. W tamtym okresie było nie tylko równorzędnym rywalem dla “Die Roten”, ale wręcz klubem numer jeden dla stolicy Bawarii. Później Bayern wyrósł oczywiście na europejskiego hegemona, a “Lwy” nie potrafiły już wrócić do ligowej czołówki. W Bundeslidze na dłużej zagościły tak naprawdę jedynie w latach 90. za sprawą trenera Wernera Loranta i prezesa Karla-Heinza Wildmosera.
- Ich relacje na początku XXI wieku wieku zaczęły się jednak psuć. Lorant chciał, żeby prezes bardziej skupił się na codziennym funkcjonowaniu klubu, tymczasem Wildmoser coraz mocniej angażował się w kontakty z Bayernem i monachijskimi elitami. Ostatecznie jesienią 2001 roku szkoleniowiec został zwolniony i to po porażce właśnie z derbowym rywalem. A przecież w tamtym momencie 1860 zajmowało bezpieczne dziesiąte miejsce w Bundeslidze! Później sytuacja klubu z miesiąca na miesiąc była coraz gorsza. Ostatecznie wraz z końcem sezonu 2003/2004 opuścił on najwyższą klasę rozgrywkową i nie potrafi do niej wrócić aż do dziś - opowiada nam Marco Blanco Ucles z monachijskiej gazety Tz.
Spadek z Bundesligi zbiegł się w czasie z budową Allianz Areny. Wildmoser już wcześniej dogadał się z Bayernem, że będzie to ich wspólny projekt. Nie wycofał się z niego, chociaż w momencie otwarcia nowego stadionu w końcówce sezonu 2004/2005 klub grał już w 2. Bundeslidze. Część kibiców zdecydowała się bojkotować przeprowadzkę, a średnia frekwencja do spółki z wysokimi kosztami współdzielenia stadionu wpakowały “Lwy” w finansowe tarapaty. W kwietniu 2006 roku poszukujący rozpaczliwie środków na przeżycie klub zdecydował się odsprzedać za 11 milionów euro 50 procent udziałów w stadionie. Później zrzekł się jeszcze prawa do ich odkupu, a po rozgrywkach 2016/2017 ostatecznie się stamtąd wyprowadził i powrócił na Grunwalder Stadion.
- Faktycznie TSV 1860 za sprawą trenera Wernera Loranta i prezesa Karla-Heinza Wildmosera potrafiło odnosić spore sukcesy, ale poza tym okresem nie było w stanie na dłużej ustabilizować swojej pozycji. Budowa Allianz Areny faktycznie rozpoczęła upadek klubu. Nowy stadion okazał się dla 1860 studnią bez dna. Z uwagi na brak sukcesów i kryzys sportowy na trybunach pojawiało się mało kibiców. Klub tracił wtedy spore sumy. Może to zabrzmi absurdalnie, ale problemem były nawet takie koszta jak catering. Mnóstwo jedzenia było przygotowane po prostu na zmarnowanie. Do tego sportowo zespół pikował - opowiada nam Matthias Eicher, dziennikarz monachijskiego Abendzeitung.

Od wybawcy po wroga

Na domiar złego sprzedaż udziałów w Allianz Arenie nie rozwiązała wszystkich problemów 1860. W 2011 roku klub po raz kolejny stanął na skraju bankructwa. Pomocną dłoń chciał wtedy wyciągnąć nawet sam Bayern, ale ostatecznie “Lwy” uratował Hasan Abdullah Ismaik. Pierwszy w historii miliarder z Jordanii okazał się wybawcą, który szybko stracił swoją aurę. Przejął 60 procent udziałów, ale w myśl niemieckiej zasady 50+1, gwarantującej członkom klubu kontrolę nad nim, Ismaik nie mógł mieć decydującego głosu odnośnie przyszłości zespołu. Stąd też napięcia na linii właściciel - kibice, które doprowadziły do długotrwałego konfliktu.
- W 2011 roku Hasan Ismaik uratował TSV 1860 przed niemal pewnym bankructwem. Tylko w kolejnych latach narastał coraz większy konflikt na linii właściciel - kibice. Duży problem stanowiła struktura klubu. Początkowo Ismaik nie znał zasad funkcjonowania reguły 50+1, a i później uważał, że mimo wszystko to on powinien mieć decydujący głos. Działacze oraz kibice nie byli jednak skłonni mu na to całkowicie pozwolić. Na boisku zespół nie był w stanie wrócić do Bundesligi, a finansowo z roku na rok długi były coraz większe. W dodatku 1860 w przeciwieństwie do wielu innych klubów nie dysponuje własnym, dochodowym stadionem i nawet obecnie na Grunwalder Stadion jest tylko najemcą - zauważa Eicher.
Przez wiele lat TSV 1860 nie było w stanie generować odpowiednich przychodów z dnia meczowego. Wysoki czynsz generował kolejne straty, w efekcie czego Monachijczycy ustalali jedne z najwyższych cen biletów w Niemczech. Przez wiele lat po stronie Ismaika pozostawał też klubowy merchandising, przez co to do jego kieszeni trafiały wpływy ze sprzedaży koszulek czy innych gadżetów. Obok problemów organizacyjno-finansowych na Grunwalder Stadion nie zgadzały się też wyniki. 1860 ściągało drogich zawodników, ale ci nie byli w stanie sprostać oczekiwaniom. W 2017 roku zespół spadł z 2. Bundesligi, ale Ismaik nie zapewnił środków wymaganych do otrzymania licencji w 3. Lidze, dlatego “Lwy” kolejny sezon rozpoczęły w Regionallidze. Szybko się z niej wydostały, jednak latem trafiły do niej ponownie - również tym razem z uwagi na brak licencji.
- To, co wydarzyło się latem 2017 roku, było czymś absolutnie szalonym. Ismaik zażądał pieniędzy związanych z licencją na grę w trzeciej lidze, a klub nie był w stanie ani nie chciał ich zapłacić. W efekcie TSV został natychmiast zdegradowany do czwartej ligi. W ciągu jednego lata klub spadł więc wtedy o dwa poziomy! Trzeba też powiedzieć, że Ismaik bardzo często otaczał się doradcami, którzy mieli niewielką wiedzę o futbolu. W klubie dochodziło do ciągłych zmian na ważnych stanowiskach, a z czasem między kibicami i klubem z jednej strony, a Ismaikiem z drugiej wybuchła prawdziwa wojna. Dziś chyba dla wszystkich lepiej, że ten etap jest już zakończony - mówi Blanco Ucles.

Nienormalny klub

A koniec tego 15-letniego małżeństwa nastąpił na początku czerwca, kiedy klub jednostronnie ogłosił zakończenie współpracy z kontrowersyjnym biznesmenem. Powodów dla tej decyzji było wiele, ale punktem zapalnym okazała się odmowa dołożenia do klubowej kasy 2,7 miliona euro, przez co Monachijczycy nie uzyskali licencji na grę w trzeciej lidze. Chociaż Ismaik nie zamierza się poddać i zapowiedział podjęcie bezkompromisowych kroków prawnych, na Grunwalder Stadion panuje przekonanie, że klub może wreszcie zacząć wszystko od zera.
- Atmosfera w klubie jest obecnie fantastyczna. Wszyscy próbują rozpocząć nowy rozdział bez Hasana Ismaika. Cała dzielnica Giesing, gdzie znajduje się stadion i mieszka wielu kibiców 1860, żyje hasłem „Wolność dla 1860”. Pojawiło się ono również na nowych koszulkach. Młoda drużyna daje z siebie dużo na boisku, a kibice to uwielbiają. 1860 w Regionallidze nie jest normalnym klubem. O zespole codziennie informuje mnóstwo mediów, podczas pierwszego treningu sezonu pojawiły się tłumy kibiców, a i na wyjazdy potrafią jechać tysiące fanów. To naprawdę szalone. Od powrotu na Grunwalder Stadion mecze regularnie się wyprzedają. Kibice przeszli z klubem bardzo wiele i wciąż pozostają mu wierni. To nadal ogromny klub w skali Niemiec, dlatego oczekiwania wobec niego są bardzo wysokie - tłumaczy Blanco Ucles.
Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, TSV 1860 całkiem nieźle weszło w nowy sezon. Stery nad zespołem przejął Alpera Kayabunar, który wcześniej zasłynął przede wszystkim pracą dla Turkgucu, monachijskiego zespołu skupiającego bawarską mniejszość turecką. Pod jego wodzą “Lwy” pozostawały niepokonane aż do 10. kolejki. Obecnie z 17 punktami zajmują siódme miejsce w tabeli. Oczywiście ambicje zarówno samego klubu, jak i kibiców są znacznie większe. I wydają się one podparte rzeczywistym potencjałem całego klubu.
- Zdecydowanie 1860 ma szansę, aby powrócić na profesjonalną scenę. Jego największym atutem od zawsze była liczna i niezwykle lojalna baza kibicowska. “Lwy” obecnie piszą swoją historię na nowo. Mimo spadku w klubie ponownie czuć euforię, a wielu fanów traktuje rozstanie z kontrowersyjnym inwestorem jako odzyskanie pewnej formy wolności. Obecny kierunek, wspierany przez kibiców i kilku nowych sponsorów, może wystarczyć na Regionalligę, a być może nawet na trzecią ligę. Jeśli jednak 1860 chce myśleć o wyższych szczeblach profesjonalnego futbolu i modernizacji stadionu, zdecydowanie będzie potrzebowało nowych inwestorów - podsumowuje Eicher.

Dyskusja

Przeczytaj również