Znakomity transfer Barcelony! Flick zachwycony. "Fantastyczny napastnik"

Znakomity transfer Barcelony! Flick zachwycony. "Fantastyczny napastnik"
ninopavisic / shutterstock
Mateusz - Jankowski
Mateusz JankowskiDzisiaj · 12:00
W poprzednim klubie przeszedł przez prawdziwą drogę krzyżową. Kariera, która zmierzała w kierunku zagłady, nagle uległa zmartwychwstaniu. Gabriel Jesus niespodziewanie stał się znakomitym wzmocnieniem FC Barcelony.
10 milionów euro to kwota, która w wielkiej piłce nie robi już żadnego wrażenia. W poprzednim okienku Tomas Bobcek przeniósł się za 10,7 mln euro z pierwszoligowej już Lechii Gdańsk do Frosinone. Aż trudno uwierzyć, że FC Barcelona wydała troszkę mniej na spadkobiercę numeru dziewięć.
Dalsza część tekstu pod wideo
Gabriel Jesus oczywiście nie jest i nigdy nie będzie Robertem Lewandowskim. Nikt też nie oczekuje od niego, aby w najbliższych miesiącach stał się etatowym snajperem “Dumy Katalonii”. 29-latek ma być jakościowym zmiennikiem Raphinhi, atrakcyjną opcją do rotacji, zapewniając jak najczęściej gole z ławki. Na razie sprawdza się w tej roli po prostu perfekcyjnie. Trudno było wyobrazić sobie lepszy start Brazylijczyka na Camp Nou.

Piłkarz po przejściach

Jesus na pewno nie jest przypadkowym piłkarzem. W przeszłości miewał znakomite momenty w Manchesterze City i Arsenalu. To czwarty najskuteczniejszy Brazylijczyk w historii Ligi Mistrzów i drugi - za Roberto Firmino - w Premier League. W ostatnich dziesięciu latach dał się poznać jako napastnik mobilny, skuteczny i znakomicie wyszkolony technicznie. Ze względów zdrowotnych to wszystko odeszło jednak w zapomnienie.
W poprzednich dwóch sezonach spędził na murawie tylko 2192 minuty. W tym okresie pauzował przez ponad 300 dni z powodu zerwania więzadła krzyżowego i problemów z pachwiną. Arsenal poszedł do przodu, a Jesus został w miejscu, co w praktyce oznaczało cofanie się. Mikel Arteta nie miał czasu na ponowne wdrażanie wiecznego rekonwalescenta. W rundzie wiosennej poprzedniej kampanii Brazylijczyk był już zdrowy, ale po prostu przegrywał rywalizację z Viktorem Gyokeresem i Kaiem Havertzem. W 10 ostatnich kolejkach rozegrał raptem 115 minut, w półfinałach i finale Ligi Mistrzów dostał kwadrans z okładem. Na Emirates już go nie potrzebowali.
Znając współczesne realia rynku transferowego, raczej nikogo nie zdziwiłoby “Here we go” Jesusa do Al-Hilal czy Al-Nassr. Saudyjczycy dostaliby piłkarza z nazwiskiem, sam zainteresowany przytuliłby ładną sumkę, mogąc grać na niższym poziomie intensywności. Generalnie wszystko by się zgadzało. Napastnik postanowił jednak nadal walczyć o swoje na europejskim topie. Pod koniec sierpnia dołączył do Barcelony i od razu zapowiedział, że wszystkie problemy i dolegliwości zostawił już za plecami.
- Poprzednie dwa sezony były trudne, ale wiedziałem, że mogę zaufać Bogu. Ciężko trenowałem, aby zapracować na możliwość spełnienia marzenia. Problemy z kolanem to już przeszłość, jestem w bardzo dobrej formie i chcę pokazać to na boisku. Zamierzam odwdzięczyć się za zaufanie - podkreślił po podpisaniu kontraktu.

Cud w Barcelonie

Kibice “Blaugrany” mogli czuć złość, obserwując końcówkę okienka. W końcu nie po to przez całe lato grzano temat Juliana Alvareza czy w mniejszym stopniu Lautaro Martineza, żeby na koniec zadowolić się Gabrielem Jesusem. Istniało ryzyko, że na środku ataku zostanie jedna wielka dziura. Szybko okazało się jednak, że zespół nie potrzebował czołowego snajpera, ponieważ miał go na miejscu. Raphinha spektakularnie rozpoczął sezon, pozwalając zapomnieć o utracie Lewandowskiego i Ferrana. Strzelał gola za golem i tylko od czasu do czasu potrzebował chwili na złapanie oddechu. Wtedy do akcji wkraczała nowa “dziewiątka”.
Wychowanek Palmeiras zaliczył kapitalny start w nowych barwach. Przeciwko Feyenoordowi potrzebował dwóch minut, aby strzelić gola. W kolejnym meczu zdobył bardzo ładną bramkę z Racingiem Santander. Wyszedł na pozycję, poczekał na podanie od Yamala, po czym idealnie dołożył prawą nogę, pakując piłkę w okienko. Specyficzny, nieco pokraczny styl biegu w połączeniu z perfekcyjnym wykończeniem mógł przypomnieć kibicom czasy Luisa Suareza.
Jesus wpisuje się w potrzeby Barcelony. Liczne kontuzje oczywiście odbiły się na jego zdolnościach motorycznych, ma pewne problemy z wygrywaniem pojedynków biegowych. Nie zatracił jednak techniki i jakości z piłką przy nodze, co potwierdził choćby na tle Galatasaray. To był gotowy materiał dla młodych napastników, jeśli chodzi o zastawianie się, grę tyłem do bramki i rozegranie akcji. W tamtym meczu Jesus zaliczył asystę, a kilka dni później dołożył gola z Betisem. Bez zarzutu wszedł w buty Raphinhi. Aż dziwić mogło, że w ostatnim meczu z PSG w ogóle nie wstał z ławki. Być może po końcowym gwizdku Flick żałował, że tym razem nie wyjął swojego asa z rękawa.
- Gabriel nie przez przypadek od lat gra tylko w topowych klubach. To zawodnik najwyższej klasy, który idealnie pasuje do współczesnej piłki, ponieważ nie jest klasyczną “dziewiątką”. Może grać na środku ataku, ale radzi też sobie na skrzydłach lub jako niżej ustawiony napastnik. Jest bardzo przydatny w grze bez piłki, świetnie pressuje. Jestem przekonany, że przez cały sezon będzie produktywny w Barcelonie - ocenił Sylvinho na łamach katalońskiego Sportu.

Strzał w dziewiątkę

Liczby Jesusa są co najmniej imponujące. W Barcelonie rozegrał siedem meczów, oddał dziewięć strzałów, pięć celnych, a cztery wylądowały w sieci. Bierze udział przy bramce średnio co 47 rozegranych minut. To drugi najwyższy wynik w zespole po Raphinhi, który wykręca gola lub asystę co 42 minuty. Idąc dalej, Gabriel został pierwszym piłkarzem “Blaugrany” w XXI wieku, który trafiał do siatki w każdym ze swoich trzech pierwszych występów na Camp Nou. W tym sezonie La Liga Kylian Mbappe jest zaś jedynym zawodnikiem Realu Madryt, który zdobył więcej bramek od Brazylijczyka. Przypomnijmy jeszcze raz, że mówimy o graczu, na którego “Barca” wydała zaledwie 10 mln euro.
- Bardzo cieszymy się, że Gabriel jest w naszym zespole. To fantastyczny napastnik, który idealnie pasuje do tego zespołu. Zapewnia nam inne możliwości, ponieważ to nie jest napastnik w stylu Raphinhi. Jestem zadowolony nie tylko z tego, co widzę w trakcie meczów, ale przede wszystkim na treningach. - chwalił Flick. - Jesus rozwiał wszelkie wątpliwości. To przestroga dla wszystkich ludzi, którzy zbyt szybko krytykowali ten transfer. Brazylijczyk notuje wspaniały start na Camp Nou, gwarantuje to, co najważniejsze, czyli gole. A do tego ma cechy, których poszukuje Flick, czyli mobilność, zespołowość i umiejętność gry w pressingu. Widać, że przybył do Barcelony głodny gry, bramek i zwycięstw - opisał Sergi de Juan z dziennika AS.
Sam Jesus zachowuje dużą skromność. Przyznał, że jego świetny bilans wynika głównie ze stylu całego zespołu, którego beneficjentami są zawodnicy ofensywni. On ma tylko być we właściwym miejscu w polu karnym. Brzmi banalnie, natomiast z pewnością nie każdy napastnik byłby w stanie tak szybko zaadaptować się do systemu Flicka. Tymczasem wygląda to tak, jakby Brazylijczyk rozgrywał już co najmniej piąty sezon na Camp Nou.
Piłka bywa przewrotna. Jesus zaczynał sezon jako trzeci wybór na środku ataku Arsenalu, a dziś dostaje szansę w najbardziej bramkostrzelnej drużynie Europy. Z Barceloną był łączony już wiele lat temu, ale w pewnym momencie wydawało się, że jego czas w wielkiej piłce dobiegł końca. Wystarczyło jednak zażegnać problemy zdrowotne i poczekać na odpowiednią ofertę, aby odbudować tę karierę. Teraz być może Jesus pierwszy raz w karierze zasmakuje gry w El Clasico. Już w niedzielny wieczór Barcelona zmierzy się bowiem z Realem.
Latem Deco musiał wykonać sporo telefonów, poszukując nowego snajpera. Dzwoniąc do Madrytu, Portugalczyk mógł w kółko słyszeć, że abonent jest czasowo niedostępny. W końcu dyrektor Barcelony wybrał jednak odpowiedni numer.

Dyskusja

Przeczytaj również