Znany klub na dnie! Mieli iść po awans, zajmują... ostatnie miejsce. Osiem miesięcy bez zwycięstwa

Znany klub na dnie! Mieli iść po awans, zajmują... ostatnie miejsce. Osiem miesięcy bez zwycięstwa
News Images / pressfocus
Kacper - Klasiński
Kacper KlasińskiDzisiaj · 16:00
Katastrofalna forma, słabe okienko transferowe, totalna rozsypka i ostatnie miejsce w Championship. Tak wyglądają aktualnie eksperci od podnoszenia się po spadkach z Premier League. Burnley doskonale zna smak powrotu na zaplecze elity, ale tym razem radzi tam sobie tragicznie.
W ostatnich latach Burnley natychmiast podnosiło się po spadkach z Premier League. Było klubem “zawieszonym” między nią a Championship. Za słabym na elitę, ale zarazem za mocnym na drugą ligę. Tym razem jednak nie potrafi wypłynąć na powierzchnię po relegacji. W normalnych warunkach “The Clarets” powinni od razu walczyć o awans, tymczasem niespodziewanie wylądowali na samym dnie ligowej tabeli. Na wygrany mecz czekają już niemal osiem miesięcy i po zaledwie ośmiu kolejkach mają więcej straconych goli niż w całym ostatnim sezonie spędzonym w Championship. To prawdziwa katastrofa.
Dalsza część tekstu pod wideo

“Zatracili tożsamość”

Po odpaleniu tabeli angielskiej Championship można zaliczyć niemałe zaskoczenie. Ostatnie, 24. miejsce zajmuje w niej Burnley - jedna z najlepszych ekip drugiej ligi ostatnich lat. Tak dobra, że od ponad dekady bywała w niej właściwie tylko “przejazdem” i za każdym razem notowała świetne wyniki. Tym razem “The Clarets” są nie do poznania.
Ich ostatnie cztery sezony w Championship kończyły się bezpośrednim awansem i wyglądały naprawdę imponująco:
  • 2013/14: 2. miejsce, 93 punkty, 26 zwycięstw, 15 remisów, 5 porażek,
  • 2015/16: 1. miejsce, 93 punkty, 26 zwycięstw, 15 remisów, 5 porażek,
  • 2022/23: 1. miejsce, 101 punktów, 29 zwycięstw, 14 remisów, 3 porażki,
  • 2024/25: 2. miejsce, 100 punktów. 28 zwycięstw, 16 remisów, 2 porażki.
W międzyczasie zaliczyli cztery przygody w Premier League. I jak łatwo się domyślić na podstawie przedstawionych powyżej danych, pierwsza, trzecia i czwarta kończyły się spadkami - bo przecież aktualnie są już z powrotem na zapleczu. Ta druga jednak mocno się wyróżniała. Sean Dyche zbudował drużynę opartą na solidnej obronie i fizyczności, grającą klasycznym systemem 4-4-2, z kadrą niemal całkowicie wyspiarską. Mówiąc krótko: wierną “soli” angielskiego futbolu. I spędziła ona w elicie sześć sezonów, dwukrotnie finiszując w pierwszej dziesiątce - raz nawet na siódmym miejscu, dzięki czemu walczyła w kwalifikacjach Ligi Europy.
Gdy wyniki pogorszyły się w sezonie 2021/22, Dyche stracił pracę, ale nie uratowało to Burnley przed spadkiem. Amerykańscy właściciele, rządzący na Turf Moor od 2020 roku, postanowili wówczas odejść od koncepcji poprzedniego szkoleniowca. Model budowy zespołu się zmienił. Postawiono na styl bardziej “europejski”, ładniejszy dla oka, bardziej ofensywny. I zwłaszcza początkowo przykuwał on uwagę. Dość powiedzieć, że zatrudniony w 2022 roku Vincent Kompany, choć jego zespół zaraz po awansie spadł z hukiem z elity, po relegacji szybko dostał posadę w Bayernie Monachium.
- Burnley trochę zatraciło tożsamość w ostatnich latach. Po wielu sezonach w Premier League zapragnęło zerwać z łatką drużyny, która preferuje defensywny i staromodny styl - opowiada Maciej Łaszkiewicz z Angielskiego Espresso, prowadzący podcast Szósta Liga Europy, poświęcony Championship. - Z początku nawet im się to udawało, ale kadencja Kompany’ego skończyła się spadkiem i odejściem Belga. Zastępujący go Scott Parker nie był wyborem numer jeden, bo wielu menedżerów odrzuciło ofertę pracy.
W efekcie Burnley znalazło się w stanie “zawieszenia”. Byli zbyt mocni na drugą ligę i za słabi na pierwszą, migrując między nimi od 2022 roku. Dość dobrze obrazuje to fakt, że w tym czasie aż dwa razy uzbierali 100 punktów w Championship. W jej 34 sezonach w obecnej formie tylko ośmiokrotnie widzieliśmy taki wynik. I jedynie “The Clarets” zrobili to dwa razy. Świetne kampanie w drugiej lidze przeplatali jednak katastrofalnymi przygodami w Premier League - zebrali w nich 24 (2023/24) i 22 (2025/26) oczka - w obu przypadkach plasując się wśród 15 najgorszych zespołów w historii angielskiej elity.

Osiem miesięcy bez wygranego meczu

Po spadkach w 2022 i 2024 roku nadchodziło natychmiastowe “odbicie”. Teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Burnley zaczęło sezon od zdobycia zaledwie czterech punktów w ośmiu pierwszych kolejkach Championship i zamyka tabelę. Łaszkiewicz twierdzi, że obecne problemy zaczęły się właściwie zaraz po ostatnim awansie do elity.
- Mocno osłabili się po awansie i nie potrafili umiejętnie załatać dziur po odejściu liderów. James Trafford pobił rekord czystych kont w Championship, a chwilę później wylądował w Manchesterze City. Josh Brownhill i CJ Egan-Riley również odgrywali kluczowe role, ale odeszli. Odnoszę wrażenie, że w zeszłym sezonie, pomimo spadku, Scott Parker wyciągał absolutne maksimum z tej drużyny. Niestety to maksimum pozwoliło im na jedynie 22 punkty. Żeby zdobyć więcej, konieczne było mocniejsze doinwestowanie tuż po awansie - tłumaczy nasz rozmówca.
“The Clarets” kontynuują w tym sezonie fatalną passę. W Premier League prezentowali się tak słabo, że od 10. kolejki do końca sezonu wygrali zaledwie jeden mecz ligowy. Zresztą od pokonania jeszcze słabszego Wolverhampton w dziewiątej serii gier, 26 października 2025 roku, aż do dziś, łącznie na wszystkich frontach zaliczyli zaledwie dwa zwycięstwa w 90 regulaminowych minutach! To ponad 11 miesięcy i 41 spotkań o stawkę. Ostatni raz wygrali 11 lutego z Crystal Palace i od tamtej pory nie zdołali pokonać rywali nawet w żadnym ze sparingów! Kibice czekają więc na jakiekolwiek zwycięstwo (bez pomocy rzutów karnych - bo dzięki nim przeszli jedną rundę Pucharu Ligi) już praktycznie osiem miesięcy. W dużej mierze stanowi to odzwierciedlenie chaosu, jaki panował w klubie w tym czasie.
- Znów stracili mnóstwo czasu na poszukiwanie trenera. Najpierw starali się pozyskać Craiga Bellamy’ego, ale ten pozostał na stanowisku selekcjonera reprezentacji Walii. Później ofertę odrzucił Rob Edwards, a on i Bellamy to tylko nazwiska, które przeciekły do mediów. W rzeczywistości mogło być ich o wiele więcej. Łącznie klub szukał nowego trenera przez 71 dni - zwraca uwagę Łaszkiewicz. - Dwa lata temu sytuacja wyglądała podobnie, ale Burnley ostatecznie zatrudniło specjalistę od awansów, Parkera. Ten udowodnił, że kimś takim rzeczywiście jest. Tym razem postanowiono sięgnąć po zupełnie anonimowego w Anglii Nicky’ego Hayena. Notował dobre wyniki w Belgii, ale jego aklimatyzacja w Championship nie przebiega kolorowo. Klub też nie pomógł mu, konstruując kuriozalną kadrę.

“To zakrawa o sabotaż”

Letnie ruchy Burnley mogły martwić kibiców. Klub nie miał mocnego składu, wielu piłkarzy należało do grupy, która realistycznie mogła pozostać na Turf Moor nawet po spadku. Zamiast jednak budować z myślą o powrocie do elity, nastąpiła całkowita dekonstrukcja drużyny.
Spadkowicz stracił właściwie wszystkie wartościowe ogniwa. Sprzedani zostali notujący najlepsze liczby w ofensywie Zian Flemming i Jadon Anthony. Klub opuściły też centralne ogniwa defensywy: stoper Maxime Esteve oraz bramkarz Martin Dubravka czy środka pola: Lesley Ugochukwu i Florentino Luis. Z sześciu piłkarzy, którzy rozegrali ponad 2000 ligowych minut w ostatnim sezonie, w zespole pozostał tylko jeden - weteran Kyle Walker, zawodzący mocno w obecnych rozgrywkach. Z 19, którzy zaliczyli minimum 1000 minut na placu gry - odeszło aż 10. Walker to jedyny z pierwszej ósemki tego rankingu, który pozostał w klubie. Z piłkarzy z ponad 30 występami w ostatniej kampanii Premier League, obok niego został jeszcze tylko Josh Laurent. A do osłabień można dodać także zakończenie styczniowego wypożyczenia Jamesa Warda-Prowse’a. Anglik od debiutu w drugiej połowie rozgrywek zagrał w każdym możliwym meczu.
- Z Burnley odeszło zbyt wielu graczy. Już w Premier League ta kadra nie wyglądała olśniewająco, a gdy wyjmiemy z niej Esteve’a, Florentino, Quilindschy’ego Hartmana, Antony’ego, Dubravkę czy Flemminga, to zaczynają się poważne kłopoty. Ten ostatni zdołał przed odejściem udowodnić jeszcze, jak ważną mógłby być postacią w tym sezonie. Holenderski napastnik uratował remis z West Hamem w pierwszej kolejce, strzelając dwa gole. Kibice błagali o pozostanie Holendra, ale klub pozostał nieugięty i sprzedał go do Ipswich - opowiada Łaszkiewicz.
Play video
To, jak zastąpiono kluczowe ogniwa, może szczególnie martwić. Wszyscy nominalni napastnicy, którzy znajdują się aktualnie w kadrze Burnley (Zeki Amdouni, Andreas Hountondji, Armando Broja oraz nowo pozyskani Dastan Satpajew i Jamie Vardy) mają razem na koncie 106 meczów dla “The Clarets”. Strzelili w nich łącznie 10 bramek - z czego dziewięć to dzieło Amdouniego. Ich sumaryczny wynik jest gorszy od dorobku Flemminga tylko w samej Premier League w ostatnim sezonie, gdzie miał 11 goli. W obronie co prawda pojawił się sprawdzony w Championship Anel Ahmedhodzić, ale Igor Julio w poprzednich rozgrywkach nie grał prawie w ogóle, a wypożyczony z Manchesteru City Max Alleyne, który pograł nawet w pierwszej drużynie “Obywateli”, w momencie dołączenia do nowego klubu miał na koncie zaledwie 25 występów w dorosłym futbolu. Między słupkami miejsce doświadczonego, stabilizującego niepewną defensywę Dubravki zajął z kolei rezerwowy w ostatnim sezonie Max Weiss, który zwyczajnie nie budzi takiego samego zaufania.
Na liście nabytków widać też kilka młodych, niesprawdzonych, ale przyszłościowych nazwisk, co jest charakterystyczne dla Burnley w ostatnich latach. W ten trend wpisywał się też Marcel Reguła, o którego klub z Turf Moor nieskutecznie zabiegał latem.
- To, że w buty Flemminga miałby wejść Broja [od startu sezonu 2022/23 zagrał w 84 meczach dla czterech klubów, strzelił cztery gole - przyp. red.] zakrawa o sabotaż. Nadzieją w ofensywie mógłby być wypożyczony z Chelsea 18-letni Satpajew, który dopiero co przyszedł na Stamford Bridge z Kairatu Ałmaty, ale już doznał kontuzji - tłumaczy Łaszkiewicz. - Choć atak to i tak nie największy problem, bo obrona w żadnym stopniu nie przypomina tego, co działo się za Parkera.
Rzeczywiście mowa o ogromnym regresie defensywy. Przy ostatnim pobycie Burnley w Championship, biła ona jej rekord, tracąc zaledwie 16 bramek przez cały sezon. Obecnie, po ośmiu kolejkach, jest najsłabsza w całej lidze. Już puściła ich 17, a zatem więcej niż w całych rozgrywkach 2024/25.
Dużo mówi fakt, że po letnich ruchach “The Clarets” mają mniej wartościową kadrę od zespołów, które grają w Championship już kilka lat. Należy spodziewać się, że spadkowicze będą przewodzić w takich zestawieniach, ale według Transfermarktu wyżej wyceniane są drużyny Middlesbrough i Southampton, a wartość Burnley - 138 milionów euro - jest o ponad sto “baniek” mniejsza niż w przypadku pozostałych ekip relegowanych z Premier League: West Hamu i Wolverhampton.

Lider stał się problemem

Podstawowe pytanie brzmi: czy uda się jeszcze coś uratować z tego sezonu? Czy walka o awans jest nadal realna? W Championship rywalizuje się na naprawdę długim dystansie - trzeba rozegrać aż 46 kolejek. Rok temu 17. na tym etapie Hull City weszło jednak do play-off’ów, aby ostatecznie je wygrać i wywalczyć miejsce w Premier League. Co więcej, od bieżących rozgrywek baraże zostały poszerzone o dwa zespoły i zagrają w nich również ekipy z miejsc siedem oraz osiem. To, jak zwraca uwagę Łaszkiewicz, może dać dodatkową nadzieję.
- Piłkarze potrzebują kilku dodatkowych tygodni, by móc wspólnie pracować nad poprawą gry. Jestem bardzo ciekaw powrotu po przerwie reprezentacyjnej, bo to może być nowe otwarcie dla wielu klubów w Championship. Mieliśmy już w przeszłości przypadki, gdy ekipy znajdujące się w strefie spadkowej wczesną jesienią, kończyły sezon w barażach. Tym bardziej, że te zostały poszerzone o dwa dodatkowe miejsca - mówi nam. - Choć Burnley na razie nie rokuje to dobrze, więc wstrzymam się z przewidywaniami co do nich - dodaje.
Niedawno z piłkarskiego bezrobocia, już po zamknięciu okienka, został ściągnięty doświadczony Jamie Vardy. Pozyskanie 39-latka wygląda na próbę wprowadzenia do zespołu człowieka, który mógłby podzielić się doświadczeniem i pomóc w zadbaniu o odpowiednią mentalność w szatni. Napastnik-weteran to, obok Walkera, zdecydowanie najgłośniejsze nazwisko w kadrze. Obaj w naturalny sposób wybijają się na pierwszy plan, ale trudno oczekiwać od nich zbyt wiele.
- Kyle Walker z każdym kolejnym meczem wygląda coraz gorzej - tłumaczy Łaszkiewicz. - W moich oczach staje się już chodzącą definicją słynnego cytatu Jamiego Carraghera “Leave football before football leaves you”. Walker bardzo szybko z lidera zmienił się w generator problemów dla drużyny. Trudno mi ocenić jego wpływ w szatni, ale na boisku - w roli środkowego obrońcy - wygląda tragicznie. W ostatnim meczu przed przerwą reprezentacyjną Hayen już posadził go na ławce, a w środku obrony zagrał duet Ahmedhodzić - Igor Julio i tak zapewne Burnley będzie grało w tym sezonie. Przypadek Vardy’ego to coś innego, ale oczekiwania wobec jego występów nie powinny stać na wysokim poziomie. To 39-letni napastnik. Jeśli Burnley chce na nim polegać w ofensywie, to sukcesów nie zdobędzie. Vardy mógłby być ciekawym uzupełnieniem sportowym i marketingowym mądrze zbudowanej kadry. Niestety, kadra “The Clarets” taka nie jest.

“Na awans nie ma co liczyć”

Poprzednie sezony pokazały, że czasem naprawdę trudno podnieść się po spadku z Premier League. Rok po roku drugą relegację z rzędu zaliczały Luton Town i Leicester City. One jednak nie miały takiego doświadczenia jak Burnley w szybkim podnoszeniu się po spadkach. “Lisy” zmagały się z kłopotami finansowymi i nawet odjęto im punkty. “The Hatters” awansowali do pierwszej ligi, choć na papierze nie byli nawet czołową ekipą na jej zapleczu. Jeśli ktoś ma jednak powtórzyć ich historie w tym roku, to Burnley wysuwa się na pierwszy plan i pewne nawiązania są naturalne. Mowa bowiem o ogromnym zjeździe. Na Turf Moor posypało się naprawdę wiele spraw i trzeba to pozbierać, bo inaczej można szybko wpaść w tarapaty.
- Myślę, że na rychły powrót do Premier League kibice Burnley nie mają co liczyć. A co za tym idzie - mogą okopać się w Championship na lata, choć to i tak łagodniejszy scenariusz niż to, co wydarzyło się z Leicester - podsumowuje Łaszkiewicz.

Dyskusja

Przeczytaj również