Nieprawdopodobne, co dzieje się w Premier League. Skądś to znamy, wymowna reakcja Guardioli

Nieprawdopodobne, co dzieje się w Premier League. Skądś to znamy, wymowna reakcja Guardioli
News Images / pressfocus
Radosław  - Przybysz
Radosław PrzybyszDzisiaj · 18:30
Pędzące uniwersum napakowane ciekawymi historiami, a same mecze... często nie aż tak ciekawe. Niewidziany dawno ścisk w tabeli. Faworyci gubiący punkty. Zaskakująco mocne beniaminki. Bardzo wyrównany poziom. W tym sezonie Premier League coraz częściej można pomylić z Ekstraklasą.
Jeśli ktoś, tak jak Mateusz Rokuszewski, przerwę w rozgrywkach Ekstraklasy wykorzystuje, by częściej oglądać Premier League, może być niemiło zaskoczony. "Wściekle szybka" najlepsza liga świata może nie zwolniła drastycznie tempa, ale w wielu meczach coraz mniej jest "piłki w piłce". Stały się zamknięte, pada w nich niewiele goli.
Dalsza część tekstu pod wideo
Ostatnia, 22. kolejka była tego najlepszym dowodem. Kapitalny występ w debiucie Michaela Carricka zaliczył Manchester United, który zmiótł z planszy przemęczone i naiwne City. Ale poza tym większość drużyn było rozczarowanych, a wraz z nimi widzowie. W dziesięciu meczach padło tylko 16 goli. Były cztery remisy, z czego dwa bezbramkowe. W sumie w 22 kolejkach tego sezonu padło 17 remisów 0:0 - więcej niż w całym poprzednim sezonie. Poziom wielu spotkań w ostatnich tygodniach bardziej pasuje do Championship niż Premier League.

Zimowe przesilenie

Z czego to wynika? Wiele drużyn dotyka zmęczenie, o którym wspomniałem w przypadku City. To ten moment sezonu, w którym czkawką odbija się granie bez przerwy od listopadowej przerwy na kadrę. City, Newcastle, Chelsea i Arsenal w środku tygodnia rozgrywały pierwsze mecze półfinałowe Carabao Cup i w weekend też było to po nich widać. Wygrała tylko Chelsea w ligowym debiucie Liama Roseniora, ale bardziej sposobem i na farcie z rozpędzonym Brentfordem (6:15 w strzałach, 2:5 w celnych).
Nie każdy, jak Pep Guardiola, może się znowu w środku sezonu wzmocnić czołowymi piłkarzami ligi (Antoine Semenyo wyciągnięty z Bournemouth i Marc Guehi z Crystal Palace), a przecież niemal każdy ma jakieś problemy. Trudno jest wskazać zespół, dla którego utrapieniem nie byłyby kontuzje (częściej mięśniowe niż mechaniczne). Może tylko Brentford i Leeds? Trudno też wskazać drużynę, której formę w tym momencie sezonu można określić jako bardzo dobrą. Może tylko... Brentford i Leeds?

Każdy ponad każdym

Przecież Wolves, które od początku sezonu było wyraźnym outsiderem i które typowano nawet do wykręcenia rekordowo niskiego dorobku punktowego, od początku 2026 roku nie przegrywa. W tej kolejce urwało cenny punkt Newcastle, które na wyjazdach niezmiennie nie potrafi się odblokować i które odpowiada za jedną czwartą wszystkich bezbramkowych remisów w tym sezonie.
Przecież w ostatni weekend żadna z ostatnich pięciu drużyn w tabeli nie przegrała. Burnley, które jest może nawet gorsze niż Wolves, wywiozło punkt z Anfield. Bo Liverpool też się męczy, zaliczył czwarty remis z rzędu i pierwszy raz pod 45 lat nie potrafił pokonać u siebie żadnego z beniaminków. Pogrążony w kryzysie West Ham też może jeszcze powalczyć o utrzymanie, bo wyleczył go "Dr Tottenham". Jeśli nie możesz od tygodni wygrać meczu, to poczekaj cierpliwie aż zagrasz z pogubioną kompletnie drużyną Thomasa Franka.
Nad strefą spadkową jest Nottingham Forest, które po serii czterech kolejnych porażek w lidze i odpadnięciu z FA Cup z drugoligowym Wrexham, pokonało West Ham, a teraz urwało punkt Arsenalowi. "Kanonierzy" zaliczyli drugi bezbramkowy remis z rzędu, ku frustracji kibiców od dekad czekających na mistrzostwo. A i tak pozwoliło im to zwiększyć przewagę nad resztą stawki. Remisy umacniające lidera na prowadzeniu - skądś to znamy, prawda?
Może w Anglii nie ma aż tak rewelacyjnego beniaminka jak Wisła Płock, ale jest Sunderland, który zadziwia wszystkich. Zespół, który awansował z Championship dopiero po dramatycznych play-offach, a latem kompletnie przebudował kadrę, urwał już punkty Aston Villi, Chelsea, Arsenalowi, Liverpoolowi, Newcastle, City czy Spurs. I nikogo to specjalnie nie dziwi. W tym sezonie każdy może wygrać z każdym. To też skądś znamy.

Drenaż mózgów

Trzy pierwsze zespoły tabeli - jedyne, które liczą się w powolnym wyścigu o tytuł - w ostatniej kolejce nie strzeliły ani jednego gola. W ostatnich dwóch strzeliły w sumie jednego. Obecnie nikt w stawce nie może pochwalić się dwoma zwycięstwami z rzędu! Jeszcze do niedawna imponowała Aston Villa - jej seria ośmiu kolejnych zwycięstw jest najdłuższą spośród wszystkich drużyn w tym sezonie, ale nawet "The Villans" złapali zadyszkę, a Unai Emery uparcie przekonuje, że nie liczą się w walce o tytuł.
Dla porównania, w poprzednich latach Manchester City potrafił notować po 15 (sezon 2020/21), 12 (21/22 i 22/23) czy dziewięć (24/25) kolejnych zwycięstw. Z każdym kolejnym sezonem jest jednak coraz trudniej złapać taką passę. Wielkie budżety klubów Premier League, które pozwalają im ściągać najlepszych piłkarzy i trenerów z całej Europy, sprawiają, że stawka niezwykle się wyrównała.
Dzisiaj Granit Xhaka zamienia czołowy klub Bundesligi na beniaminka Premier League. Beniaminka, który przed sezonem wydał na wzmocnienia blisko 200 mln euro. Dla Brentfordu, który i tak płaci najmniej w lidze, gra Igor Thiago, jeden z najlepszych strzelców w ligach TOP5. Newcastle jest w stanie sprzątnąć sprzed nosa cel transferowy Bayernu Monachium. West Ham właśnie wydał ponad 50 mln euro na duet napastników, co do których nikt nie ma przekonania, że naprawią atak "The Irons".
Oczywiście wielkie wydatki niczego nie gwarantują. Właśnie West Ham przekonuje się o tym co sezon. Tottenham też. Ale coraz większy dostęp talentów sprawia, że poziom się wyrównuje. Coraz rzadziej mówi się o tradycyjnym Big Six. Permanentny kryzys w Spurs i Manchesterze United wykorzystują w ostatnich latach głównie Aston Villa i Newcastle, ale w pojedynczych spotkaniach żaden faworyt w żadnym meczu nie może być pewien wygranej. Niemożliwym zdaje się zbliżenie do granicy 100 punktów, co jeszcze kilka lat temu było udziałem City Pepa Guardioli i Liverpoolu Juergena Kloppa.

Posiadanie jest passé

Trudniej jest wygrywać, bo trudniej jest strzelać gole. Mecze stały się bardziej zamknięte, przerywane i skupione na stałych fragmentach. Już od miesięcy zwraca na to uwagę Guardiola. Trenerski geniusz przez lata wyznaczał trendy w piłce, a dziś sam musi je gonić. Mówił o futbolu nowoczesnym, czyli bardziej bezpośrednim. Zapowiadał, że jego drużyna też będzie ewoluować w tę stronę, ale na razie średnio mu to wychodzi. W sezonie, w którym wymienia się średnio najmniej podań na mecz od 13 lat, City jest nadal najwięcej operującym piłką zespołem (średnio 571 podań na mecz).
W tym sezonie akcje są również wyraźnie krótsze. Długich podań jest więcej. Wyraźnie większy jest wpływ stałych fragmentów. Po rzutach wolnych, rożnych i autach padło w tym sezonie ponad 28 procent goli. Średnio w co drugim meczu pada gol po rzucie rożnym. Mniej jest rożnych granych krótko. Bramkarze częściej zaczynają od bramki długim wykopem. Ale najbardziej rzucającym się w oczy trendem są długie wrzuty z autów w pole karne. Więcej o tym pisałem TUTAJ. Nie ma przypadku w tym, że Thomas Gronnemark - prekursor treningu wrzutów z autu - właśnie rozpoczął współpracę z Arsenalem.
- Drużyny są tak wyrównane, że zwycięstwo sprowadza się do niewielkich różnic, jak właśnie stałe fragmenty. "W otwartej grze trwamy w klinczu, więc sprawdźmy, kto ma lepiej rozpracowane rzuty rożne". Każdy klub ma po 25 zawodników na poziomie międzynarodowym, kapitalnie przygotowanych fizycznie, którzy są w stanie rywalizować przez 90 minut bez popełnienia błędów - mówi na łamach BBC Rory Smith z The Observer. Arne Slot w zasadzie po każdym meczu przyznaje, że na razie nie znalazł sposobu na przebicie się przez niski blok obronny kolejnych rywali.
Wpływ stałych fragmentów w Premier League
Opta / The Analyst
Jak wylicza Opta, bezbramkowych remisów jest w tym sezonie stosunkowo najwięcej od sezonu 2020/21. Dwa poprzednie sezony były rekordowe pod względem liczby goli na mecz - było ich średnio 3,3 w sezonie 2023/24 i 2,9 w sezonie 2024/25. W tym pada średnio 2,7. To nie jest jakaś rekordowo niska liczba, ale to dopiero 13. wynik w erze Premier League. Pod względem średniej liczby strzałów na mecz to drugi najgorszy sezon odkąd Opta prowadzi statystyki (od sezonu 2003/04), a pod względem strzałów celnych - najgorszy. Co ciekawe, piłkarze oddają też średnio najmniej strzałów zza pola karnego od początku pomiarów.
To wszystko sprawia, że piłkarscy esteci mogą czuć się nieusatysfakcjonowani wieloma meczami tego sezonu. Nie oznacza to jednak, że generalnie jest on nudny. Historii, kontekstów jest cała masa i codziennie pojawiają się nowe. Liverpool, który po potężnych letnich wydatkach nieumiejętnie broni tytułu i niezdarnie wygrzebuje się z jesiennego kryzysu. City, które właśnie teraz zdaje się w kolejnym dołku zakopywać. Zmiany trenerów w Chelsea i United jakby wymuszone przez samych Marescę i Amorima. Zamieszanie z początku sezonu z Nottingham i z początku roku z Crystal Palace. W tle kolejne wielkie transfery i regularne kontrowersje sędziowskie. Kolejny sezon tego serialu jednak nie pozwala odejść od telewizorów.
I zapewne tak samo będzie na wiosnę w Ekstraklasie. Również dlatego, że wszyscy są nadal w grze o wszystko. Ok, Bruk-Bet Termalica i Wolves raczej nie zostaną mistrzami, ale ścisk w tabelach jest bezprecedensowy. W Polsce pierwszą i 1 drużynę 8.dzieli tylko 11 punktów. W Anglii to różnica między czwartym Liverpoolem i 16. Leeds. Jeden mecz, jeden weekend może cię wywindować o kilka miejsc w górę albo zepchnąć o kilka w dół. Zabawa tak naprawdę dopiero się rozkręca.

Przeczytaj również