Polski klub uczy sprzedawać. Co rusz trafia w dziesiątkę. Teraz znów ma materiał na gwiazdę

Łatwo chwalić po kolejnym zwycięstwie, ale Górnik zapracował na pozytywną ocenę na dłuższym dystansie. Trudno znaleźć inny klub w Ekstraklasie, który utrzymuje taką konsekwencję w swoich transferach. W Zabrzu wypracowano schemat przynoszący nie tylko konkretne wpływy do budżetu.
Od 2023 roku - z krótką tylko przerwą - za transfery Górnika odpowiada Łukasz Milik. Nie mówi się o nim zbyt wiele, a chyba powinno. Dyrektor sportowy klubu z Zabrza ma bowiem imponującą skuteczność. Przynajmniej na jednej pozycji. Skrzydła w Zabrzu znów imponują.
Licząc od 2023/24 na Śląsk trafili Kamil Lukoszek, Lawrence Ennali, Adrian Kapralik, Taofeek Ismaheel, Ousmane Sow, Abbati Abdullahi, Yosuke Furukawa, Mathias Sauer, Roberto Massimo, Natan Dzięgielewski, Maksym Chłań, Yvan Ikia Dimi, Brandon Domingues, Bruno Durdov i Peter Federico. Gigantyczny przemiał, który pochłonął około trzy miliony euro. Ale w tym szaleństwie, jak się wydaje na pierwszy rzut oka, naprawdę jest metoda.
W Zabrzu nie tyle nie mają problemu z szybką sprzedażą wyróżniającego się skrzydłowego, co wręcz stawiają na ten model. Sow przyniósł do klubu trzy miliony euro, Ennali blisko trzy, a Ismaheel poszedł na wypożyczenie do Lecha za drobną opłatą. Kilku pozostałych - Massimo, Chłań, Dimi, Durdov, Federico (i Ismaheel) - nadal ma miejsce w zespole. Inni - choćby Furukawa - zostali sprowadzeni tylko na zasadzie wypożyczenia, zatem ryzyko było żadne.
W gruncie rzeczy, na ten moment, z całego tego grona pomyłką było jedynie ściągnięcie Sauera. Duńczyk kosztował 400 tysięcy, miał zastąpić Sowa. Ostatecznie jednak praktycznie nie grał. Od stycznia do maja 2026 roku uzbierał 16 minut w pierwszym zespole. W trwającym jeszcze okienku Sauer przeszedł do Sandefjord. Nie wyszło, lecz w innych zespołach Ekstraklasy dochodzi do jeszcze większych transferowych absurdów.
Górnik natomiast konsekwentnie utrzymuje jakość na skrzydłach. W kolejnym sezonie ma przynajmniej jednego wyróżniającego się gracza na tej pozycji. Szlak jeszcze w 2023 roku przetarł Daisuke Yokota. Japończyk kosztował nieco ponad 600 tysięcy, a po roku sprzedano go do Gentu za dwa miliony. Kilka miesięcy po Yokocie Zabrzanie sprowadzili Ennaliego, a gdy Niemiec wyjechał do Ameryki, chwilę później w zespole powitano Sowa. Senegalczyk znów był rozwiązaniem na rok, ale dołączył do grona skrzydłowych, którzy odpalili - nieważne czy pod wodzą Jana Urbana czy Michala Gasparika. W Zabrzu powstało środowisko sprzyjające skrzydłowym, co tylko zachęca kolejnych piłkarzy do przychylniejszego spojrzenia na wicemistrzów Polski.
Pieniądz konsekwentnie krążył, chociaż płacili przede wszystkim ci, którzy chcieli z Górnika wyciągnąć liderów. Sowa sprzedano z dwunastokrotną przebitką, Ennaliego z blisko czterokrotną, Yokotę prawie trzykrotną. To wszystko pozwoliło zbudować w Zabrzu zespół bardzo konkurencyjny - sukces z poprzedniego sezonu nie był dziełem przypadku. Niebagatelny wpływ na rozwój miała oczywiście postać Lukasa Podolskiego. Zanim jeszcze Niemiec formalnie przejął władzę w klubie, miał duży wkład w proces transferowy. Właśnie dzięki niemu oczy zwrócono w kierunku Ennaliego.
Co jednak szczególne, w bieżącym okresie Górnik wstrzymał się ze sprzedażą skrzydłowych. Kwestią czasu wydawało się odejście Chłania, ale ten pozostaje częścią drużyny. Zabrzanie zaczęli zarabiać na środkowych pomocnikach - Lukas Ambros pobił klubowy rekord, sporo przynieśli też Wiktor Nowak i Patrik Hellebrand. Między innymi dzięki temu można było pozwolić sobie na zebranie naprawdę jakościowej grupy bocznych atakujących. Na ten moment w rotacji Gasparika jest przynajmniej pięciu jakościowych zawodników, z których część nie rozwinęła jeszcze nomen omen skrzydeł.
Durdov, po którym obiecują sobie bardzo dużo na bazie wieku i występów w młodzieżowej kadrze Chorwacji, na razie łapie minuty. Imsaheel potrafi być bardzo użytecznym zawodnikiem, chociaż niekiedy nieokrzesanym. Massimo zaś w nieoczywistych momentach bywa skutecznie wykorzystywany przez Gasparika. Klasa Chłania pozostaje niezaprzeczalna mimo dość nikłego zaangażowania w defensywę. Dimi nie boi się zaatakować przestrzeni, zaskakuje umiejętnością utrzymania przy piłce. Federico natomiast zaliczył wejście idealne, bez żadnego problemu wykorzystał dwa kompromitujące błędy defensywy Radomiaka.
Jasne, 24-latek może teraz zniknąć i już nigdy nie błysnąć w porównywalnym stopniu, ale skuteczność Górnika w ściąganiu nieoczywistych skrzydłowych jest na tyle duża, że w tym momencie jesteśmy bliżej potwierdzenia teorii o kolejnej gwieździe ligi. Bo poza dwoma golami wychowanek Realu miał 80% skuteczności podań w pole karne, odzyskał sześć piłek, oddał sześć strzałów i był szósty pod względem kontaktów z futbolówką. Chłopak chce grać, bo wie, że Zabrze potrafi wręczyć przepustkę do dużego transferu, zaś Federico do tej pory konsekwentnie schodził w dół - z Realu do Valencii, później Getafe, wypożyczenie do Realu Valladolid i wreszcie wypatrzenie przez Milika i spółkę.
Inna sprawa, że jak się już opuści Zabrze, trudno wskoczyć na porównywalny poziom. Górnik wygląda więc nieco jak Eintracht Frankfurt, który już niejeden skalp zdjął na genialnych sprzedażach napastników. W Polsce działają jeszcze w mikro skali, ale nie ma przypadku, że Sow znalazł się na radarze Jagiellonii, Yokota nigdzie nie może wyrównać swojego wyniku bramkowego z sezonu 2023/24, a próbuje już w czwartym zespole, natomiast Ennali gra w USA drugie skrzypce.
To już jednak nie problem Górnika, chociaż nie ulega wątpliwości, że łatwiej byłoby dyktować jeszcze korzystniejsze dla siebie warunki, gdyby sprzedawani zawodnicy lepiej radzili sobie po transferach. Ale w Zabrzu nikt narzekać nie zamierza, bo sprzedaże Sowa czy Dominika Sarapaty były kluczowe dla podreperowania budżetu. Obecna sytuacja klubu jest już inna, lecz kilka miesięcy temu wszystko groziło zawaleniem. Tym ważniejsze było więc umiejętne zarządzanie na rynku.
Umiejętność operowania ograniczonymi środkami, branie na barki dużej odpowiedzialności i selekcja piłkarzy - zostały klubowi do teraz, co przynosi wymierne korzyści. W Zabrzu może się podobać ściągnie piłkarzy do pierwszego składu. Banał, ale wiele innych zespołów z Ekstraklasy ma z tym problem, zasłania się koniecznością aklimatyzacji i innymi aspektami. Gasparik natomiast zaraz po kontuzji Jarosława Kubickiego wrzucił do pierwszego składu Maximiliana Dietza, chociaż ten pewnie jeszcze nie wiedział, gdzie ma szafkę w szatni. Z Radomiakiem zaś od początku zagrał ściągnięty trzy dni wcześniej Paulo Bernardo i... wyglądał świetnie.
Górnik będzie się jeszcze mylił i to nie raz, nie dwa, pewnie nawet nie trzy. Ale Górnik działa w sposób, który imponuje. Konieczność przerodziła się w konsekwencję i jedną z najciekawszych metod transferowych w Polsce.