Zanim Ronaldinho stał się Ronaldo. "Il Fenomeno" rzucił szkołę, podbił Holandię i czarował w Europie

Zanim Ronaldinho stał się Ronaldo. "Il Fenomeno" rzucił szkołę, podbił Holandię i czarował w Europie
screen z youtube.com
Myśląc o brazylijskim Ronaldo, jednym tchem wymieniasz te wspaniałe bramki jego autorstwa, genialny występ w finale Pucharu UEFA w 1998 roku, rozczarowujący finał Mistrzostw Świata i epicki powrót na tron cztery lata później. Dwie Złote Piłki i tworzenie historii “galaktycznego” Realu. Ale każda legenda ma swój początek. Dla niego wrota otworzyły się daleko od rodzimego kraju.
Jak większość małych dzieci w Brazylii, Ronaldo dorastał z piłką u swoich stóp, bawiąc się nią, gdy tylko znalazł okazję. Jednak w przeciwieństwie do wielu rówieśników, aspirujących do profesjonalnego grania, dzieciństwo przyszłej gwiazdy nie było uwikłane w biedę. Żył w klasie średniej i rodzice (rozwiedzeni, gdy chłopak skończył 11 lat) mieli wystarczająco pieniędzy, by wesprzeć sportową ścieżkę syna.
Dalsza część tekstu pod wideo
Ku rozpaczy matki, młody opuszczał większość zajęć lekcyjnych, aby pokopać piłkę, a tuż po ukończeniu siódmego roku życia całkowicie rzucił szkołę. Musiał bowiem skupić się na futbolu w pełnym wymiarze godzin. Rozczarowana rodzicielka jeszcze dziesięć lat później skarżyła się w wywiadzie dla „O Globo”: - Nie mogłam zaakceptować faktu, że mój syn myślał tylko o grze. Jaką miałby przyszłość? Zawsze znajdowałam go na ulicy, biegającego za piłką z przyjaciółmi, kiedy powinien być w szkole. Wiem, że przegrałam tę bitwę - mówiła. Ona, istotnie, przegrała. Zyskał za to futbol.
Latem 1994 roku, z odległości około 50 metrów, stojąc przy ławce rezerwowych, Ronaldinho (bo tak go wtedy nazywano w reprezentacji, ze względu na obecność w kadrze bardziej doświadczonego Ronaldao) widział, jak Roberto Baggio przestrzeliwuje swój decydujący rzut karny. Kilka chwil później żółto-niebieska fala kolegów zatopiła uradowanego Claudio Taffarela. 17-letni, chudy (nie do wiary!) chłopiec mógł po raz pierwszy podnieść Puchar Świata, na który nie zapracował w żadnym stopniu. W Stanach Zjednoczonych pobierał tylko lekcje od doświadczonych reprezentantów.

Śladami Romario

Oczy bystrych agentów piłkarskich nie mogły zbłądzić, nawet pomimo braku występu na wielkim turnieju. Zanim zadebiutował, a miało to miejsce kilka miesięcy przed początkiem mistrzostw, zdążył w swoim Cruzeiro nastrzelać 44 gole w 47 meczach. Szybko stało się jasne, że Brazylia dla takiego napastnika zrobiła się zbyt ciasna. Zainteresowanie wyrazili europejscy giganci, poczynając od Ajaxu, kończąc na Milanie i Juventusie. Jednak na podstawie rad swoich doradców i osobistej rekomendacji kolegi z drużyny narodowej, Romario, zgodził się nieoczekiwanie podpisać kontrakt z PSV Eindhoven.
- Romario powiedział mi, że PSV jest jednym z najbardziej profesjonalnych i najlepiej zorganizowanych klubów w Europie - mówił podczas prezentacji. Adaptacja w europejskich warunkach nie przebiegała tak, jak sobie wyobrażał. Daleka od ideału sytuacja rodzinna spowodowała, że nastolatek mieszkał w Holandii zarówno ze swoją dziewczyną, jak i matką. Na szczęście na boisku nie napotkał wielu trudności. W debiucie potrzebował zaledwie 10 minut przeciwko Vittese, aby pokazać, jak widzi współczesną piłkę nożną.
Pod wieloma względami był to znak rozpoznawczy Ronaldo. Stał pomiędzy dwoma środkowymi obrońcami i czekał na długą piłkę z nadzieją, że będzie mógł się pościgać z przeciwnikami. Tak właśnie padła debiutancka bramka. Jego uda napędzane ponadprzeciętną mocą potrzebowały tylko części dziesiątych sekundy, by przenieść piłkarza o dwa, trzy metry za linię obrony. Dopadł do futbolówki pierwszy i z zimną krwią pokonał Raymonda van der Gouwa.

Wymarzony sezon

Inauguracja na Philips Stadion również przysporzyła kibicom wielu emocji. Dublet w wygranym 4:1 meczu z Go Ahead na dobre rozgłosił nazwisko Ronaldo w całej Europie. Fani z Eindhoven znajdowali się w euforii, szybko zapomnieli o Romario, bo otrzymali nowego „Canarinhos”. W dodatku młodszego i, wszystko na to wskazywało, bardziej utalentowanego „craque do dia seguinte”, gwiazdę nowej ery. Sezon zakończył z siedmioma dubletami, jednym hattrickiem i łącznie 33 bramkami w 35 meczach.
Z każdym rozegranym meczem, widzowie, zwiadowcy i eksperci byli zdumieni oszałamiającą skalą talentu młodego piłkarza. Jeśli ktoś szuka spektakularnego show, koniecznie musi zobaczyć rolę rodzącego się „Il Fenomeno” w szalonym spotkaniu z Bayerem Leverkusen we wrześniu 1994 r. Na ustach wszystkich nie był zawodnik “Aptekarzy”, Ulf Kirsten, zdobywca trzech bramek, a krótko obcięty chłopak o śniadej cerze, który wyglądał, jakby grał w PSV za całą drużynę.
Po bezbramkowym drugim meczu, niemiecka legenda futbolu, Rudi Voeller wręcz rozpływała się w zachwytach. - Nigdy w życiu nie widziałem osiemnastolatka grającego w ten sposób - przyznawał dziennikarzom. - Jeśli utrzyma taką formę, może się znaleźć w dowolnym klubie w Europie - dodawał. Pewnie nawet on nie spodziewał się jednak, że jego wróżba tak szybko się spełni.

Kontuzje i chłodne pożegnanie

Ronaldo pozostał w Eindhoven na drugi sezon. Niestety, jego minuty na boisku zostały znacząco zredukowane przez kontuzje, które określiły karierę Brazylijczyka w takim samym stopniu, jak talent dany od Boga. Nowy sezon zaczął od podwójnych zdobyczy przeciwko Heerenveen i Twente, zaaplikował też pięć goli w dwumeczu z fińskim MYPA w Pucharze UEFA. Krótko po tym, w październiku, po raz pierwszy odezwało się kolano, przez które ostatecznie musiał opuścić niemal całą drugą rundę.
Problemy ze sprawnością fizyczną nie wpłynęły zbytnio na oferty od potencjalnych zalotników latem 1996 roku. Pomimo zrozumiałej niechęci do utraty Ronaldo, wydawało się niemożliwe, by holenderski klub był w stanie utrzymać swój cenny majątek. Pomiędzy Interem i Barceloną wybuchła wojna licytacyjna, która opadła w momencie, gdy PSV rzuciło kwotę zbyt wygórowaną, biorąc pod uwagę urazowość piłkarza i możliwość poniesienia ogromnej straty.
Ronaldo zaś wypalił, że dla Katalończyków „mógłby grać nawet za darmo” i wpakował się w konflikt z trenerem Dickiem Advocaatem, którego nazwał głupkiem. To oznaczało, że Holendrzy dłużej nie chcieli trzymać gracza będącego głową w zupełnie innym miejscu. Klub i tak z wdzięcznością podziękował napastnikowi za dwa lata nadzwyczajnej służby oraz za rekordową wówczas opłatę transferową w wysokości prawie 20 milionów dolarów.
Po latach zimnych stosunków, rowy zostały zasypane. W 2008 roku krążyły nawet pogłoski, że PSV chciało ponownie podpisać umowę ze swoim najbardziej znanym studentem od nauk piłkarskich. Plan spalił na panewce. Brazylijczyk wrócił do domu.
Dwa lata spędzone w Holandii pokazały niezwykły rozwój pozaziemskiego talentu. W ciągu 24 miesięcy cotygodniowego „one man show”, Eredivisie stało się placem zabaw dla chłopca z uroczą diastemą i wieczną tendencją do tycia. Z łatwością odnalazł swoją pozycję na najbardziej kontrolowanej przez obserwatorów młodzieży arenie światowego futbolu. Pierwsze lądowanie „Il Fenomeno” na europejskich brzegach odbiło się głośnym echem, ale geniusz dopiero miał się przetoczyć po całym Kontynencie.
CDN...
Tobiasz Kubocz
***
Zapraszamy do sprawdzenia pozostałych tekstów o "Il Fenomeno"

Przeczytaj również